Miniofensywy

Pomysł tzw. „miniofensyw” prowadzonych przez małe zespoły przeciwko skoncentrowanym niczym ściśnięta pięść siłom pancernym przeciwnika również budzi zastrzeżenia. Wprawdzie autorzy raportu założyli uderzanie tylko w sytuacji, w czasie i miejscu w którym przeciwnik będzie słabszy, jednak w rzeczywistości takich okazji w ogóle może nie być. Przemieszczające się masy wojska, stanowiące czołówkę natarcia, będą poruszać się w szyku dość zwartym, gdzie odległości od poszczególnych jednostek  będą relatywnie niewielkie. Tak by nie rozpraszać sił, utrzymać potencjał przełamujący a jednocześnie kierować się ekonomią pola walki przy ograniczonej ilości systemów OPL czy WRE. Tak by systemy te mogły osłaniać możliwie najwięcej okolicznych jednostek. W konsekwencji rozproszone małe oddziały obrońców będą raczej myślały o podejmowaniu działań defensywno-opóźniających a nie ofensywno-zaczepnych.

Metoda wciągania przeciwnika na swoje terytorium i szarpania jego sił zanim dojdzie do głównego starcia może być skuteczna, mimo że jest stara jak sama sztuka wojenna. Tego rodzaju sposób walki  rzeczywiście wymaga dużego rozproszenia i autonomii jednostek własnych (co zakłada projekt ANW). Ale najważniejszym czynnikiem jest mobilność i możliwość „rozpływania się” (znikania) tak przed atakiem, jak i w sytuacji pogoni przez silniejszego przeciwnika. I to pojawia się olbrzymi problem, bowiem nie szykujemy się na obronę Moskwy w czasie wojen napoleońskich, tylko Warszawy w XXI wieku. Gdy przeciwnik będzie dysponował rozpoznaniem radiowym, lotniczym, dronowym, a do tego tradycyjnymi jednostkami rozpoznania. Jednocześnie strona polska – wg założeń twórców ANW – ma dokonywać miniofensyw przy pomocy 70-tonowych czołgów (M1), które nijak nie rozpłyną się we mgle. W efekcie, w przypadku dostrzeżenia zagrożenia przez Rosjan, dysponując potężną przewagą liczebną, będą mogli zwyczajnie odeprzeć ewentualne uderzenie, wyprowadzając zagony oskrzydlające i spróbować nawet odciąć małe oddziały polskich sił pancernych od drogi odwrotu.

Jednocześnie zupełnie niezrozumiałym jest, że do walki podjazdowej, autorzy S&F przewidzieli najcięższe jednostki (18 dyw. z Abramsami). To tak, jakby dawniej do „szarpania” wrogiej armii podążającej w głąb naszego państwa przeznaczyć husarię lub jazdę ciężką. Mankament ten – o ile w tak łagodny sposób określić powyższy pomysł – można by uznać za siarczysty policzek wymierzony elementarnym zasadom sztuki wojennej.

Jednak już zupełnym knock-downem dla zasad logiki taktycznej jest fakt, że kawaleria pancerna, która miałaby dokonywać ” miniofensyw”  operowałaby z dobrze Rosjanom znanych i nieruchomych baz zaopatrzeniowych (bunkry). Tak więc z jednej strony te mini-ofensywy nie miałyby potencjału do przeprowadzenia porządnego manewru oskrzydlającego i musiałyby polegać na płytkich uderzeniach, zasadzkach i odskokach, (z uwagi na małą liczebność sił oraz stałe zaplecze zaopatrzeniowe do którego trzeba wracać po amunicję), a z drugiej operujące jednostki nie miałaby swobody operacyjnej w zakresie odskoku lub ucieczki przed goniącym – znacznie silniejszym przeciwnikiem. Byłyby bowiem uwiązane do bunkrów, a więc przeciwnik jeszcze przed wojną (dzięki rozpoznaniu satelitarnemu) znałby polskie kryjówki i wiedział, w którym kierunku będziemy prowadzić odwrót.

Trzecim poważnym problemem z taktyką narzuconą przez twórców ANW polskiej 18 dywizji jest fakt, że pozbawia ona atutów jakimi dysponowałyby jednostki pancerne wyposażone w czołgi M1A2 Abrams. Są to bowiem dość ciężkie maszyny z bardzo silnym przednim pancerzem (i prawdopodobnie będą posiadały system hard-kill). Co za tym idzie, Abramsy dawałyby naszym czołgistom dużą przewagę w walce na wprost z rosyjskimi tankami. W walce pancernej niezwykle istotnym jest jednak to, by nie dać się zajść od boku (lub co gorsza tyłu) przez wrogie czołgi, a jednocześnie by samemu uderzyć z flanki (ponieważ przedni pancerz jest najgrubszy, a boki i tył czołgów są zwyczajnie słabsze). Metoda prowadzenia miniofensyw posiada w tym zakresie jedną poważną wadę.  Przewaga liczebna daje możliwość związania wrogich sił w centrum oraz uderzenia „wolnymi” siłami z boku. A taką przewagą dysponowałby przeciwnik, a nie strona polska. Tymczasem polskie kompanie (przypomnijmy jest to siła 14 czołgów) nijak nie mogłyby zagrozić czołowym batalionom pancernym przeciwnika – nawet gdyby go zaskoczyły. Co więcej mogłyby być zagrożone znacznie silniejszymi kontratakami i próbami okrążenia. Zwyczajnie rozproszone miniofensywy wyprowadzane przeciwko „ściśniętej” pancernej pięści przeciwnika byłyby z łatwością odpierane i groziłyby niszczeniem poszczególnych grup jedna po drugiej.

To obrona na umocnionych pozycjach daje obrońcy przewagę i wymusza na napastniku użycie znacznych sił i środków do przełamania. Tymczasem taktyka „miniofensyw” zakłada wydawania małych bitew napierającym siłom przeciwnika. Po pierwsze, wyprowadzając miniofensywę traci się atut proporcji 1:4 na korzyść obrońcy. Wprawdzie napierający przeciwnik jest w ruchu a więc jest podatny na atak, ale my również jesteśmy w ruchu i jesteśmy podatni na kontratak. A jeśli chcemy atakować liczniejsze siły przeciwnika, to tak jakbyśmy wydawali przeciwnikowi bitwę na niekorzystnych dla siebie warunkach. Nie bez powodu w nomenklaturze wojskowej nie istnieje pojęcie „miniofensywy”. Albo prowadzi się ofensywę (kontrofensywę) w całym znaczeniu tego słowa (logistyka, odpowiednio duże siły i potencjał przełamujący) albo nie. Atak mniej licznymi jednostkami pozbawionymi zaplecza logistycznego na przeciwnika o większej liczebności jest zwyczajnie pozbawione sensu. A przy założeniach taktycznych z raportu ANW (czyli rozproszenie sił własnych, postawienie tylko 1 dywizji do obrony centralnego i południowego odcinka, przy założeniu, że przeciwnik będzie nacierał głównymi siłami w kierunku Warszawy), nie możliwym byłoby uzyskanie lokalnej przewagi dla mini-ofensywy. Tym samym koncepcja ta nie pozwala uzyskać – nawet lokalnie – przełamania, okrążenia i zniszczenia przeciwnika. By ofensywa lub kontrofensywa była skuteczna, jej dowódca musi mieć możliwość wykorzystania efektu zaskoczenia i dokonanego chwilowego przełamania, jakie uzyskałby w pierwszym momencieInnymi słowy potrzebne jest zaplecze (zaopatrzenie by walczyć dłużej niż 10 minut), wsparcie (piechota do obrony zajętych kluczowych punktów), a także odwód pozwalający „poprawić” i pogłębić wyłom. Uzyskać przewagę taktyczną na polu bitwy i bić przeciwnika podzielonego na części. Dowódcy 18 dywizji w ramach ANW – która miałaby w pierwszym momencie samodzielnie stawiać czoła nadchodzącej z trzech kierunków całej armii (kilka wrogich dyw.) – nie będą mieć nawet na to nadziei.

Inną taktyką może być zastawianie zasadzek znacznie mniejszymi siłami (co też zespół S&F proponuje), a następnie szybki odwrót na kolejne pozycje obronne (zasadzki). To są jednak działania stricte opóźniające. Tymczasem pomysł „miniofensyw” zasadza się na połączeniu różnych taktyk. Prowadzenia działań opóźniających poprzez wykonywanie ataków siłami, które liczebnie wystarczyłyby do dobrze przygotowanej obrony, ale nijak nie pozwalałyby na uzyskanie zadowalających efektów w ataku. Co groziłoby ich zniszczeniem.

Reasumując, pomysł „miniofensyw” to miks trzech sprzecznych ze sobą taktyk (bunkry, opóźnianie, kontrofensywa), do których S&F zaplanowało użycie niewłaściwych: narzędzia i taktyki (ciężkie siły pancerne używane w rozproszeniu).