Afera KPO rozkręca się w najlepsze. Zaczęło się w piątek prawie niewinnie. Ot, trochę ponad 0,5% wszystkich środków otrzymanych z Brukseli zostało trochę niewłaściwie rozdysponowane.
Jednak kolejny dzień przyniósł trochę szokującą wiadomość w korespondencji dziennikarki RMF FM z Brukseli.
Na razie KE tych projektów jeszcze nie widziała, więc nie może stwierdzić, czy są zgodne z kryteriami KPO. Bruksela podkreśla, że na razie żadne unijne pieniądze nie zostały wydane na te projekty.
Na palące potrzeby swoich, na jachty, solaria i objazdowe kawiarnie, i na muzeum ziemniaka Skarb Państwa przedpłacił środki, które mogą nie zostać przyznane. Zwłaszcza teraz, po ujawnieniu afery.
Metodę środków przedpłaconych z budżetu państwa na projekty, które później mają być sfinansowane z Funduszy Spójności i Krajowego Planu Odbudowy (po wojnie?), zastosowano już za rządu Mateusza Morawieckiego. Prawie 20 mld złotych pożyczonych i będących w dyspozycji Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) zostało rozdysponowane na niecierpiące zwłoki projekty. Wtedy miano nadzieję, że zostaną one uznane za zasadne, a KPO odblokowane.
Po dojściu do władzy Koalicji 13 Grudnia główna oskarżona w obecnej aferze, minister Pełczyńska-Nałęcz, tak mądrze mówiła o tych pożyczkach i wydawaniu pieniędzy przed ich otrzymaniem:
Prefinansowanie dotyczyło KPO, ponieważ środków w ogóle nie było, natomiast poprzedni rząd próbował realizować różne projekty bez środków, w ogóle bez zgody na realizację programu. To się odbyło z lepszym lub gorszym efektem, bo realizowano projekty, które budzą duże zastrzeżenia i w ogóle nie wiadomo, czy będzie można uzyskać zwrot za te projekty z KPO.
Wszystko jest już jasne.
Rząd PiS pożyczał pieniądze na realizację projektów, które później miały być sfinansowane z KPO. Pożyczał na wyższy procent, żeby potem pożyczyć z KE na niższy. Kto miał pokryć różnicę w oprocentowaniu?
Rząd K13G pożycza pieniądze na realizację projektów tak niezbędnych jak solarium w pizzerii, które KE uznana za zasadne, bo … premierem jest Donald Tusk, a nie Mateusz Morawiecki.
Na ile zapożyczył Polskę ten pierwszy, najpierw zamykając gospodarkę pod pretekstem pandemii C-19, a potem ją ratując, z grubsza wiadomo, to jakieś 300 mld złotych. Wpompowanie tych pieniędzy w krajowy obieg zaowocowało 3-krotnym wzrostem cen prawie wszystkiego – żywności, usług, wizyt lekarskich, mieszkań i kosztów produkcji. Najniższa pensja w Polsce jest już wyższa niż w USA i w Japonii, a kryzys puka do naszych drzwi.
Humoryści udający dziennikarzy twierdzą, że tymi działaniami Morawiecki uratował gospodarkę i Polskę. A może zerkniecie, Koledzy, na przykład Szwecji, Słowenii i połowy stanów USA, dzięki którym Donald Trump wygrał wybory? Podpowiem, tam nie musiano ratować gospodarki, bo … sprawdźcie sami😉
Niewykluczone, że rację ma Jan Kowalski, twierdząc, że obecne ogromne pożyczki rządu Tuska, to transfer własności publicznej w prywatne ręce establishmentu w obliczu krachu III RP.
Czyżby w scenerii bankructwa systemu dokonywano kolejnej „transfer-macji”, tym razem z III RP do IV?
Bartosz Jasiński



