Na początku nowego roku Stany Zjednoczone zaszokowały świat przeprowadzając błyskawiczny i precyzyjnie zaplanowany atak na Wenezuelę, a właściwie na jej nielegalnego prezydenta Nicolasa Maduro, oskarżanego przez USA o kierowanie kartelem narkotykowym przemycającym do Ameryki min. fentanyl.
Dla uważnych obserwatorów ruch Trumpa nie był jednak wielkim zaskoczeniem. Ameryka już od miesięcy zacieśniała żelazny uścisk wokół Wenezueli. Wprowadzono blokadę morską i koncentrowano duże siły zdolne przeprowadzić inwazję na ten upadły, latynoski kraj, z którego wyemigrowało 8 milionów obywateli.
Wenezuela już od lat tonie w kryzysie gospodarczym i humanitarnym, a władze nawet nie próbują pomóc zwykłym ludziom, których nie stać na artykuły pierwszej potrzeby. Zamiast tego koncentrują się na brutalnych represjach wobec niepokornych i rozkradaniu tego, co zostało z bogatej niegdyś Wenezueli.
Nie zawsze tak było.
W latach 50-tych był to 4. najbogatszy kraj na świecie, a Wenezuela przypominała jeden wielki plac budowy: budowano setki kilometrów nowoczesnych autostrad, tuneli, mostów, apartamentowców. W Caracas, stolicy Wenezueli, odbywały się premiery najnowszych i najbardziej luksusowych samochodów, a do kraju emigrowały tysiące obywateli m.in. USA. Ci fachowcy i specjaliści pomagali rozwijać przemysł i wydobycie największych na świecie złóż ropy, które zapewniały Wenezueli dostatek.
Wtedy jednak ropa nie była jedynym źródłem PKB. To się zmieniło w późnych latach 60-tych, gdy w wyniku Wojny Sześciodniowej ceny ropy wystrzeliły do niebotycznych poziomów. Wenezuela zachłystnęła się łatwymi pieniędzmi i postawiła wszystko na jedną kartę: czarne złoto. To doprowadziło do upadku rolnictwa i przemysłu. Wenezuela stała się krajem jednego surowca.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Populistyczne, lewicowe rządy, po obaleniu antykomunistycznego dyktatora Marcoza Pereza Jimeneza, rządzącego w złotych latach 50-tych, wydawały miliardy boliwarów na kosztowne programy socjalne, zwiększając zadłużenie. Gdy ceny ropy znacznie spadły, doszło do pierwszego w historii Wenezueli poważnego kryzysu gospodarczego.
Lata marnotrawstwa i korupcji dały o sobie znać ze zdwojoną siłą. Rząd starał się negocjować preferencyjne warunki spłaty zadłużenia z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i uzyskać od niego kolejną pożyczkę umożliwiającą wyjście z kryzysu. Warunki MFW były jednak nieubłagane: zażądano od Wenezueli znacznych cięć budżetowych i ograniczenia wydatków socjalnych. Przyzwyczajeni do życia w dobrobycie Wenezuelczycy wyszli na ulice i doprowadzili do wybrania na prezydenta charyzmatycznego rewolucjonistę: Hugo Chaveza.
Ten młody oficer, już raz próbował przejąć władzę, przeprowadzając nieudany zamach stanu. Został za to został skazany i osadzony w więzieniu. Teraz postanowił dać szansę demokracji. Wykorzystując naturalną charyzmę i umiejętność znalezienia wspólnego języka z prostymi ludźmi zdecydowanie wygrał wybory prezydenckie i rozpoczął okres zwany przez chavistów „rewolucją boliwariańską”, bądź socjalizmem XXI wieku.
Chavez doprowadził do nacjonalizacji największych spółek i zwolnienia tysięcy wykwalifikowanych specjalistów, których zastąpił swoimi ludźmi. Wprawdzie bez kwalifikacji, ale za to przepełnionych rewolucyjnym żarem. Doprowadziło to do jeszcze większego marnotrawstwa I korupcji. Jednak reżim nie upadł. Sprzyjało mu szczęście. Ceny ropy znowu wystrzeliły, a Wenezuela, choć produkowała jej coraz mniej, wciąż zarabiała na niej olbrzymie pieniądze. Te reżim redystrybuował na kosztowne programy socjalne, które nie zmieniły realnego położenia biedoty, uzależniając ją od wsparcia państwa.
W Wenezueli Chaveza bardziej od realnych osiągnięć liczyła się propaganda. Chociaż Wenezueli wiodło się coraz gorzej, zwykli ludzie wierzyli, że będzie im coraz lepiej. Nieprawomyślni byli surowo karani.
Chavez nie dożył upadku zbudowanego przez siebie reżimu. Stał się zakładnikiem własnej propagandy, która głosiła, że służba zdrowia na Kubie jest dużo lepsza niż w USA. Dopiero po latach okazało się, że kubańscy lekarze, którzy go leczyli, popełnili szereg kardynalnych błędów, które ostatecznie doprowadziły do śmierci Chaveza.
Przed śmiercią zdążył wskazać swojego następcę: Nicolasa Maduro. Ten wyszkolony na Kubie komunista, był z zawodu kierowcą autobusu, w latach rządów Chaveza stopniowo awansował, by w końcu stać się prawą ręką Komendanta. Maduro wygrał pierwsze i ostatnie demokratyczne wybory za czasów swojej kadencji, minimalną większością głosów. Wszystkie kolejne będą już fałszowane na masową skalę.
Niedługo po śmierci socjalistycznego dyktatora rozpoczął się największy kryzys w historii Wenezueli i jeden z największych na świecie, w wyniku którego Wenezuela stała się państwem upadłym. Kryzys ten został w dużym stopniu odziedziczony po Chavezie i był skutkiem jego błędnych decyzji, a Maduro tylko go pogłębił.
Wydobycie ropy z roku na rok malało coraz bardziej, z około 3 milionów baryłek do 300 tysięcy. Głównym odbiorcą stały się Chiny, które wespół z Rosją utrzymywały kleptokratyczny reżim przy życiu, inwestując w niego miliardy dolarów. Dzięki tym pieniądzom Maduro stać było na opłacanie resortów siłowych, które brutalnie rozprawiały się z wszelką opozycją.
Choć rosyjskie spółki naftowe również są obecne w Wenezueli, odpowiadają one za niecały 1% eksportu. Ważniejsze było wsparcie wojskowe: Rosjanie dostarczali sprzęt, w tym obronę przeciwlotniczą, instruktorów szkolących wenezuelskich żołnierzy i bojówkarzy oraz ochroniarzy bezpośrednio odpowiedzialnych za bezpieczeństwo dyktatora. Pomoc ta okazała się bezwartościowa.
Amerykanie, prawdopodobnie mając w otoczeniu dyktatora swoich agentów i posiadając pełne rozpoznanie, błyskawicznie zneutralizowali wenezuelskie systemy bezpieczeństwa i porwali Maduro, stawiając go przed nowojorskim sądem.
Warto zauważyć, że to precyzyjne, chirurgiczne wręcz uderzenie nie zniszczyło systemu władzy w Wenezueli. Władzę objęła wiceprezydent i prawa ręka Maduro, Delcy Rodriguez, która wydaje sprzeczne komunikaty na temat potencjalnej współpracy z Amerykanami.
Mimo szumnych zapowiedzi reżim wypuścił tylko niewielki procent więźniów politycznych. Często są oni torturowani i przetrzymywani w warunkach uwłaczających ludzkiej godności.
Przywódczyni opozycji, która niedawno otrzymała pokojową nagrodę Nobla, Maria Machado zapowiedziała powrót do kraju i walkę o demokratyczną transformację. Jednak jest dla wszystkich oczywiste, że niezbędna będzie tu pomoc Amerykanów. Ci na razie zapowiadają współpracę z dawnym reżimem, nazywając ją okresem „przejściowym”. Niebawem przekonamy się jak długo ona potrwa i czy rzeczywiście zakończy się demokracją.
Patryk Patey



