Przyjąć Jezusa, którego kolejną rocznicę przyjścia na nasz ziemski świat obchodzimy, nie jest łatwo. Omotani ziemskim życiem, odrzucamy Go, albo przyjmujemy tylko częściowo. Bierzemy to, co nam pasuje w danej chwili i odrzucamy to, co nam do naszego pomysłu na życie nie pasuje.
Przyjąć teraz Jezusa – Jego wykładnię Dekalogu, zawartą w Ewangelii – jest równie ciężko, jak było mieszkańcom starożytnego Izraela. Nasz egoizm, nasze ego podpowiada, że Jego nauka jest nieżyciowa, że się zestarzała.
Ale przecież ona była nieżyciowa już dwa tysiące lat temu. Tak oceniali nauczanie Jezusa kapłani Izraela. Byli przekonani, że to oni doskonale rozumieją i wypełniają Boże Przykazania, które otrzymali za pośrednictwem Mojżesza, że doskonale prowadzą lud.
Od Mesjasza, Syna Bożego, na którego przyjście czekali, oczekiwali uznania własnej doskonałości i pozycji społecznej. Tymczasem On pojawił się jako biedak, zwykły człowiek z ludu, syn cieśli i nie tylko nie uznał ich wielkości, ale kazał im się nawracać. Im, kapłanom i nauczycielom.
Zamiast wpraszać się do nich na wyrafinowane uczty, przestawał z ludźmi grzesznymi, z celnikami i nierządnicami. Gdyby był prawdziwym Mesjaszem, na pewno by wiedział z kim powinien się zadawać, a kim wzgardzić. Dlatego nie mógł być prawdziwy – ich zdaniem. Był zgorszeniem.
Jego nauka, głosząca równość wszystkich ludzi przed Bogiem, dla nich – elity Izraela – była niebezpieczna. Porządek społeczny i państwowy, w przypadku jej rozpowszechnienia, mógł zostać zniszczony. To oznaczałoby również upadek ich pozycji, władzy i bogactwa, czerpanych z zarządzania ludem. Musieli się go pozbyć.
Żyjemy dwa tysiące lat później. Czy coś się zmieniło w postrzeganiu Jezusa i Jego Nauki? Zachwyceni własną pozycją, własną mądrością i własną zamożnością, znowu nie chcemy przyjmować Jego prostych słów. Znowu trudna jest jego mowa.
Upowszechnienie bogactwa i wolności osobistej, które zawdzięczamy przyjęciu chrześcijaństwa za podstawę naszego ładu społecznego, zepsuło nas. Zawładnęła nami pycha. Uważamy, że wszystko zawdzięczamy sobie, własnej mądrości i zaradności.
Nasze elity polityczne, społeczne i religijne, znowu są ponad ludem – jak w starożytnym Izraelu. Wiarę uznają za najlepszy sposób do zarządzania nim dla własnego dobra. Dla umacniania swojej pozycji. I podobnie jak kiedyś, swoją dwulicowością wywołują zgorszenie.
Obecne elity, polskie i światowe, nie chcą wolności człowieka. Chcą, żeby wszyscy ludzie im służyli. Nie chcą też uznania równości ludzi. Jezus Chrystus jest znowu głównym zagrożeniem. Przeszkadza we wprowadzeniu ich nowego porządku, opartego nie na wolności, ale na podległości. W systemie, który próbują wcielić w życie, nie ma miejsca na takie fanaberie jak służba drugiemu człowiekowi. Jak uznanie, że biedak jest równy miliarderowi. To dla nich niedorzeczne.
Pycha obecnych elit jest ogromna i chyba już przewyższa pychę elity starożytnego Izraela. Kiedy nastąpi ich upadek? Kiedy cierpliwość Boga się wyczerpie?
Tego nie wiemy. Jednak dzięki świętej Faustynie wiemy, że żyjemy w ostatnim okresie przed Sądem Ostatecznym. To czas Bożego Miłosierdzia – nasza grzeszników ostatnia szansa na uniknięcie wiecznego potępienia. Skorzystajmy z tej szansy danej nam przez Pana Boga. Przyjmijmy mądrość Jezusa dla lepszego życia tu na ziemi i w wieczności.
Nie bójmy się też ludzkiej presji, ośmieszenia, życia poza głównym nurtem. Budujmy swoje życie i życie swoich rodzin według Bożego przepisu na szczęście, według przepisu, który na nowo objaśnił nam Jezus Chrystus. Tylko tak możemy się na nowo odnaleźć.
Jan Azja Kowalski



