Zdegenerowana wolność i tolerancja

Data

Polecamy

1922 – 2022. 100. rocznica objęcia części Górnego Śląska przez Rzeczpospolitą.

W roku 1922 zakończył się kilkuletni konflikt polsko-niemiecki o przynależność Górnego Śląska. 20 czerwca oddziały Wojska Polskiego dowodzone przez gen. Stanisława Szeptyckiego uroczyście wkroczyły do Katowic.

Polska przyszłość. Gmina i rodzina (2)

Od siły rodziny, jej trwałości i wielkości, zależy sukces Polski. Tylko rodzina, wzmacniana przez państwo, jest w stanie powstrzymać demograficzne załamanie naszego kraju. Dobrze wychowane młode pokolenie to nasz największy aktyw.

Witajcie w Nowym Sprawiedliwym Świecie Mateusza Morawieckiego!

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, ale będzie! Takie przesłanie wygłosił w sobotę do młodzieży premier Morawiecki. A zaczniemy od Norwegii - niech podzielą się niesprawiedliwym zyskiem ze sprzedaży ropy. A to dopiero początek.
Za frazesami o wolności, tolerancji i demokracji skrywa się inna rzeczywistość. Aby to sobie uświadomić, trzeba nieco oderwać się od stereotypowego przekonania, że totalitaryzm zawsze musi przychodzić w mundurze gestapowca i ubowca.

W Niemczech odsłonięto pomnik Lenina. To nie jest informacja z czasów NRD. Do wydarzenia doszło w czerwcu 2020 roku. Ultralewacka Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec (MLPD) kupiła pomnik na aukcji w Czechach, przywlokła go do Gelsenkirchen i postawiła przed swoją siedzibą.

Odsłonięcie monumentu odbyło się z dużą pompą. Powiewały czerwone flagi, grupka lewaków odśpiewała pieśni rewolucyjne. Wszak „Lenin był myślicielem, który wyprzedził swoje czasy. Był ważny dla historii całego świata. Był jednym z pierwszych bojowników o wolność i demokrację” – powiedziała przewodnicząca MLPD, Gaby Fechtner. Według niej pomnik dobrze oddaje robotnicze tradycje Gelsenkirchen. Władze lokalne, na czele których stoi burmistrz Baranowski, bezskutecznie próbowały zablokować postawienie pomnika. Niestety po stronie lewaków z MLPD opowiedział się sąd. Chciałoby się powiedzieć: skąd my to znamy?

Tak oto na byłym terytorium Niemiec Zachodnich po raz pierwszy w historii stanął pomnik bolszewickiego dyktatora. Jest to bez wątpienia ponury dzień dla każdego wrażliwego, przyzwoitego człowieka. („Do Rzeczy”, lipiec 2020). To skandaliczne wydarzenie przesądziło o tematyce dzisiejszego felietonu. Nie da się utrzymać twierdzenia, iż wielkie totalitaryzmy odeszły do lamusa historii wraz z końcem XX wieku. Jest poza dyskusją, że cywilizacja zachodnia przełomu tysiącleci przeżywa głęboki kryzys. Obraz rzeczywistości ukazuje nieustanną walkę dobra ze złem, kultury łacińskiej (zachodniej), opartej na Ewangelii, ukształtowanej w starożytności i średniowieczu na bazie chrześcijaństwa i filozofii greckiej, z kulturą liberalną, mającą swoje korzenie w oświeceniowym racjonalizmie. Głosiciele „wolności i tolerancji jako wartości najwyższych coś ważnego przeoczyli. Natarczywie mówią o absolutnej wolności jako jądrze i podwalinach demokracji, ale nie zauważają, że demokracja chwieje się z braku zasad.

Frazesy o wolności i tolerancji

Wielu Polaków bez pomocy nie jest w stanie dostrzec, że za frazesami o wolności, tolerancji i demokracji skrywa się inna rzeczywistość. Aby to sobie uświadomić, trzeba nieco oderwać się od stereotypowego przekonania, że totalitaryzm zawsze musi przychodzić w mundurze gestapowca i ubowca. Tak bardzo uwierzyliśmy w to, że źli mogą być jedynie faszyści i komuniści, że nie jesteśmy w stanie dostrzec zła przychodzącego pod postacią walki z nietolerancją, ksenofobią i fanatyzmem religijnym. Jesteśmy do tego stopnia przytłoczeni wypowiedziami o wydumanej dyskryminacji rozmaitych egzotycznych grup w rodzaju gejów, że przestaliśmy zwracać uwagę na faktyczną dyskryminację ludzi myślących inaczej, choćby w kwestii gejowskiej. Antykatolickie środowiska to usprawiedliwiają i hodują groźny dla Europy kryzys kultury, od dawna widoczny gołym okiem. Póki co indyferentyzm moralny, zalecany przez skrajny liberalizm, nieuchronnie spycha jego wyznawców do rynsztoka wulgarności i prostactwa. Pozostając tam, prościej jest trwać w zepsuciu, niż czynić wysiłki ku nawróceniu. Innymi słowy: łatwiej jest być ideologicznie leniwym, niż walczyć. Podkreśla się sprzężenie zwrotne tej destrukcyjnej ideologii ze zrodzonym przez nią bezwładem moralnym: „Liberalizm w płaszczyźnie intelektualnej to rozwiązłość w płaszczyźnie moralnej. Z nieporządku w umyśle rodzi się nieporządek w sercu i odwrotnie. Tak to liberalizm krzewi niemoralność, a niemoralność – liberalizm”(„Nasz Dziennik”, 13.10. 2005).

Życie w świecie relatywizmu, niejasnych reguł, jest następstwem pomieszania pojęć. Narzuca się dziś ludziom nieprawdę poprzez zakłamane słownictwo dotyczące małżeństwa i rodziny, wychowania, kultury i Kościoła. Narzędziem siania takiego zakłamania, mętu izamętu, są usłużne media, które w Polsce zostały sprzedane obcemu kapitałowi. Absolutyzując wolność, zajmują się „uwalnianiem” człowieka zarówno od Boga, jak i od obowiązku czynienia dobra. Wszak w postmodernistycznym świecie nie sposób wymagać od kogokolwiek, by swoje poglądy traktował ze śmiertelną powagą. Dość przypomnieć słowa Sartre’a, że „wobec absurdu nie można zachować powagi”. Przecież wszystko jest konwencją, grą i nie można od nikogo wymagać odpowiedzialności za swoje przekonania. Szare jest piękne! Nic nikogo nie obowiązuje w życiu publicznym, nawet za to, co powie czy zrobi. Wszystko stało się możliwe i względne zarazem.

W natłoku frazesów o wolności i tolerancji w Polsce wciąż mała jest świadomość, że istota komunizmu i skrajnego liberalizmu jest jedna i ta sama – polega na wszechstronnej i bezwzględnej walce z Kościołem rzymskokatolickim. W tę walkę przy pomocy podstępnych mediów wprzęgnięci zostali także sami katolicy, owładnięci coraz powszechniejszą bezrozumnością, prowadzącą do cywilizacyjnego kryzysu sensu. Mamy dziś do czynienia z nadużyciem wolności i pomyleniem tolerancji z aprobatą. W efekcie tej pomyłki wielu zwątpiło w możliwość poznania prawdy. Trudno się temu dziwić, skoro nawet współcześni filozofowie stracili ufność w godność ludzkiego rozumu. A szanse na to, aby filozofia odzyskała swój wymiar mądrościowy, nie są zbyt duże.

Trzeba, aby ogół Polaków miał większą świadomość, że ludzka wolność jest uwarunkowana także przez możność wybrania zła. I to się w Polsce stało. Brak dekomunizacji był wyborem zła. Wyjątkowo zasmucające jest to, że Polska wychodziła z komunizmu bogata w wiedzę i przemyślenia, czym jest stalinizm, terror, kłamstwo ideologicznej indoktrynacji. A mimo to po 1989 roku całe to doświadczenie uległo stopniowej banalizacji i stępieniu. Udało się zaatakować podstawy patriotyzmu polskiego, zakwestionować i zbagatelizować męczeństwo Polaków w XX wieku oraz zohydzić rolę katolicyzmu w polskiej historii.

Najwybitniejsi politycy i publicyści, a nawet nasi nobliści, dla doraźnych celów politycznych, niepomni nawet własnych słów, wycofywali się z dawnych ocen, rezygnowali nie tylko z rzetelnego przemyślenia dziedzictwa komunizmu, ale również z jego rozliczenia. Znana ze swojej wielkiej tolerancji lewoskrętna noblistka O. Tokarczuk, szkicując plan tego, co należałoby zrobić, aby świat był lepszy, stwierdziła: „Może religię trzeba by było WYWALIĆ albo pomyśleć o takim społeczeństwie, w którym istnieje mnogość różnych religii, które tolerują się wzajemnie”. Z punktu widzenia konserwatywnego, tradycyjnego Polaka trudno o bardziej destrukcyjny dla ładu społecznego pomysł.

Zwracam uwagę na pomieszanie pojęć; wszak tolerancja oznacza cierpliwe znoszenie czegoś, czego nie aprobujemy. O tolerancji Polaków, a raczej o jej braku, plotą dziś na wyścigi wszyscy, nie wyłączając profesorów filozofii, historii i w ogóle nauk humanistycznych, którzy akurat powinni mieć szacunek do języka i precyzji wyrażania myśli, gdyby jakieś posiadali. Za sprawą nowomowy mamy już do czynienia z całkowitym pomieszaniem pojęć – i to do tego stopnia, że wzajemne porozumienie staje się niemożliwe. Podobnie zachowywali się komuniści, kradnąc inne piękne słowa (tak było z demokracją, z człowiekiem pracy, z postępem) dla nazwania swoich narzędzi przemocy. Pojęcia ‘wolność’ i ‘tolerancja’ wykorzystuje się więc w koncepcji realizacji radykalnej transformacji zachodniej cywilizacji, zniszczenia jej korzeni, z których wyrosła i przez wieki była budowana. Służy temu poprawnie polityczna teza, iż nie ma żadnego starcia cywilizacji. Tymczasem widać, że jest.

W Polsce, w toku transformacji po 1989 r., dokonano sprytnej manipulacji i ośmieszono ugrupowania wolnościowe, uwłaszczono nomenklaturę partyjną i wokół niej zbudowano kadry władzy politycznej, gospodarczej, ośrodków propagandy i indoktrynacji. Większość Polaków udało się nabrać na brak dekomunizacji. Część bezbronnej polskiej młodzieży, wyrastająca w rzeczywistości nieokreślonej, nieukształtowanej ostatecznie, gdzie widma PRL i mentalność postkomunistyczna ciągle są żywe, chętnie sięga do efektownych wzorców światłej Europy. Bawi się w parady feministyczne czy gejowskie, jak kulę u nogi traktując historię, tradycję, moralne rozterki. A gdzie sprawdzone wzorce? Czego się trzymać? Gdzie dobro, a gdzie zło? Wszystko staje się splątane, płynne, brakuje oparcia. Nieprzypadkowo więc tym oparciem uczyniono… wolność i tolerancję! Mało. Wprowadzono terror, dyktaturę wolności i tolerancji. Dzisiaj bycie nietolerancyjnym oznacza bycie NIEBEZPIECZNYM. Mocno propagowane w walce z prawdą hasło tolerancji (fascynacja tolerancją!) ma przecież w rzeczywistości oznaczać oswajanie się z brakiem sprzeciwu wobec zła.

Co robić?

Potrzebna jest mobilizacja i zrozumienie, że nie można zrywać z fundamentem, którym jest wierność prawdzie, dobru i pięknu, bo wówczas klęskę poniosą wszyscy. Także ci, którzy są na szczycie i którym się wydaje, że się uratują, bo mają zapewnioną wysoką pozycję lub możnych protektorów. Trzeba strzec norm postępowania w sferze obyczajowości, pamiętając słowa św. Pawła: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść” (1Kor 6,12). Jeśli Europa chce przeżyć – stwierdził ks. kard. J. Ratzinger w książce Wartości w czasach przełomu – musi „bardzo świadomie poszukać swojej duszy.

Bardzo potrzeba do tego mądrości zawartej w przestrodze A. de Saint-Exupery’ego, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Wciąż za mało ludzi zauważa, że hasłowo ujęty rewolucyjny nihilizm apeluje do człowieka: zamień szkołę w miejsce porad seksualnych, walcz z religią, siej zamęt, zmęcz większość, która nic nie rozumie, a pragnie spokoju. Ofiarą lewicowych pedagogów, przykładowo, padają na co dzień studenci, asystenci, jest więc zagrożone dobro, serca i umysły ofiar tej indoktrynacji. A jeszcze stosunkowo niedawno, w klimacie kulturowym lat 90. ubiegłego stulecia (kiedy to w III RP dopiero instalowali się architekci nowego wspaniałego świata),homoseksualiści cenili sobie prywatność, a feminizm raczkował. Jeszcze niedawno, gdy telerozrywka nie zastępowała myślenia, Polacy nie prowadzili wojny z Kościołem. Na dochodzące wieści o zmianie płci i eutanazji zazwyczaj stukali się w czoło. Kto był katolikiem, uznawał nierozerwalność sakramentu małżeństwa i nie próbował przekonać Pana Boga, że Jego poglądy na świat uległy przedawnieniu. Dziś już tak nie jest.

Co robić? Stanowczo uwyraźniać, że poczucie odpowiedzialności, fundament cywilizacji Zachodniej, jest w zaniku. To z tego powodu po 1989 r. nie tylko nie wygraliśmy wolności, ale utraciliśmy także świadomość własnego zniewolenia. Bardziej szczegółowo można ową przyczynę destabilizacji tradycyjnego świata zobaczyć, rozbijając ją na trzy konsekwencje: propagandową dominację negatywnej, liberalistycznej koncepcji wolności („jestem wolny, bo mogę odrzucić jakąkolwiek wartość”), na porzucenie pojęcia i wartości natury ludzkiej („nie ma we mnie nic stałego i zdeterminowanego moralnie”).Trzecia konsekwencja jest wynikiem poprzedniej. Propagandowemu upowszechnieniu ulega postawa autokreatora: „sam stwarzam siebie i swoje normy postępowania” („Forum Akademickie” nr 1/1999). Łatwo zauważyć, że w zarysowanej perspektywie postrzegania człowieka nie ma miejsca dla Boga. Jego miejsce zajmuje człowiek.

Urok bolszewickiego patrona

Póki co, w Polsce na odsłonięcie pomnika Lenina się nie zanosi. Nie oznacza to wszelako, że nie ma już u nas środowisk sympatyzujących z lewacką formacją ideologiczną. Od dawna narasta we mnie niepokojące przeświadczenie, że nasi liderzy salonowej pedagogiki działają na akademicką społeczność jak współczesne korporacje. Bywa, że przyciągają prestiżem. Nic to, że pijarowo, ale by odebrać to, co najważniejsze – niezależność w myśleniu. Lewackie standardy intelektualne wciąż trzymają się mocno. Są trwale obecne w polskiej lewoskrętnej akademickiej pedagogice. Oto z blogu prof. Śliwerskiego (12 V 2015) ambitny pedagog dowie się, że czeka na niego nagroda naukowa, jeśli tylko jego wysiłki uznane zostaną za wybitne. PAN wyróżni go wówczas nagrodą imienia Władysława Spasowskiego – czołowego polskiego filozofa marksistowskiego okresu dwudziestolecia międzywojennego. Ten komunistyczny pedagog i działacz oświatowy po wybuchu II wojny światowej starał się wraz z synem bezskutecznie o wyjazd do ZSRR. Zagrożony aresztowaniem przez gestapo, popełnił samobójstwo. Imię W. Spasowskiego nosiło parę szkół w Polsce. Przemianowano je w różnych latach. W 2006 r. nawet w „czerwonym Zagłębiu”/Sosnowcu szkoła podstawowa zmieniła go na innego patrona. Natomiast w lewoskrętnym kręgu polskiego salonu pedagogicznego przedwojenny komunista ma wciąż swoich wielbicieli. W skład Komisji nagrody im. W. Spasowskiego wchodzą liderzy akademickiej pedagogiki: prof. Z. Kwieciński – przewodniczący i prof. B. Śliwerski.

W miejsce komentarza do tej mało znanej informacji przypomnijmy, że katolik nie może stawać jednocześnie po stronie prawdy i kłamstwa, dla własnej wygody stawiać między nimi znaku równania. Nie może TOLEROWAĆ milczenia, kiedy trzeba głośno mówić. Mamy niewątpliwie do czynienia z lewacką (póki co bezkrwawą/aksamitną) rewolucją dążącą do przebudowania społeczeństwa według barbarzyńskiego wzoru. W tej przebudowie poczesne miejsce zajmuje promowanie zdegenerowanej wolności i tolerancji. Notabene warto może odnotować, że to już było. Dość powiedzieć, że do naszych czasów doskonale odnosi się charakterystyka społeczeństwa angielskiego i indyjskiego z czasów Gandhiego, słynnego hinduskiego moralisty, który wymienił siedem grzechów głównych owych społeczeństw. Są to: bogactwo bez pracy, przyjemność bez sumienia, wiedza bez charakteru, biznes bez moralności, nauka bez człowieczeństwa, religia bez gotowości do ofiary, polityka bez zasad.

Zmierzam do konkluzji: tolerancja ma sens, jest potrzebna, stanowi wartość, lecz tylko wtedy, kiedy o tym, co prawdziwe, nie mamy pewnej wiedzy bądź przedmiot sporu wyklucza dojście do pozytywnych uzgodnień. Tolerancja nie może znaczyć uznania poglądów i zachowań innych za słuszne tylko dlatego, że one istnieją. Jest więc granica tolerancji – kategoria prawdy, w tym prawdy o człowieku i jego godności. Opacznie pojęta tolerancja jest zaprzeczeniem samej siebie. Rozum podpowiada, że toleruje się tylko to, co jest złe. Nikt przecież nie toleruje tego, co dobre, bo dobro jest akceptowalne i samo się broni. Zło zaś tolerujemy, bo nie potrafimy się go pozbyć. Tak oto przykładowo pijaków tolerujemy nie dlatego, że się zgadzamy na ich pijaństwo, ale dlatego, że nie umiemy sprawić, żeby nie pili. Doświadczenia ludzkości wskazują, że wszystko, co uwłacza rozumowi i elementarnej intuicji, czyli godzi w godność osoby ludzkiej, jest zalążkiem zła.

Zdegenerowana wolność i tolerancja

W Niemczech odsłonięto pomnik Lenina. To nie jest informacja z czasów NRD. Do wydarzenia doszło w czerwcu 2020 roku. Ultralewacka Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec (MLPD) kupiła pomnik na aukcji w Czechach, przywlokła go do Gelsenkirchen i postawiła przed swoją siedzibą.

Odsłonięcie monumentu odbyło się z dużą pompą. Powiewały czerwone flagi, grupka lewaków odśpiewała pieśni rewolucyjne. Wszak „Lenin był myślicielem, który wyprzedził swoje czasy. Był ważny dla historii całego świata. Był jednym z pierwszych bojowników o wolność i demokrację” – powiedziała przewodnicząca MLPD, Gaby Fechtner. Według niej pomnik dobrze oddaje robotnicze tradycje Gelsenkirchen. Władze lokalne, na czele których stoi burmistrz Baranowski, bezskutecznie próbowały zablokować postawienie pomnika. Niestety po stronie lewaków z MLPD opowiedział się sąd. Chciałoby się powiedzieć: skąd my to znamy?

Tak oto na byłym terytorium Niemiec Zachodnich po raz pierwszy w historii stanął pomnik bolszewickiego dyktatora. Jest to bez wątpienia ponury dzień dla każdego wrażliwego, przyzwoitego człowieka. („Do Rzeczy”, lipiec 2020). To skandaliczne wydarzenie przesądziło o tematyce dzisiejszego felietonu. Nie da się utrzymać twierdzenia, iż wielkie totalitaryzmy odeszły do lamusa historii wraz z końcem XX wieku. Jest poza dyskusją, że cywilizacja zachodnia przełomu tysiącleci przeżywa głęboki kryzys. Obraz rzeczywistości ukazuje nieustanną walkę dobra ze złem, kultury łacińskiej (zachodniej), opartej na Ewangelii, ukształtowanej w starożytności i średniowieczu na bazie chrześcijaństwa i filozofii greckiej, z kulturą liberalną, mającą swoje korzenie w oświeceniowym racjonalizmie. Głosiciele „wolności i tolerancji jako wartości najwyższych coś ważnego przeoczyli. Natarczywie mówią o absolutnej wolności jako jądrze i podwalinach demokracji, ale nie zauważają, że demokracja chwieje się z braku zasad.

Frazesy o wolności i tolerancji

Wielu Polaków bez pomocy nie jest w stanie dostrzec, że za frazesami o wolności, tolerancji i demokracji skrywa się inna rzeczywistość. Aby to sobie uświadomić, trzeba nieco oderwać się od stereotypowego przekonania, że totalitaryzm zawsze musi przychodzić w mundurze gestapowca i ubowca. Tak bardzo uwierzyliśmy w to, że źli mogą być jedynie faszyści i komuniści, że nie jesteśmy w stanie dostrzec zła przychodzącego pod postacią walki z nietolerancją, ksenofobią i fanatyzmem religijnym. Jesteśmy do tego stopnia przytłoczeni wypowiedziami o wydumanej dyskryminacji rozmaitych egzotycznych grup w rodzaju gejów, że przestaliśmy zwracać uwagę na faktyczną dyskryminację ludzi myślących inaczej, choćby w kwestii gejowskiej. Antykatolickie środowiska to usprawiedliwiają i hodują groźny dla Europy kryzys kultury, od dawna widoczny gołym okiem. Póki co indyferentyzm moralny, zalecany przez skrajny liberalizm, nieuchronnie spycha jego wyznawców do rynsztoka wulgarności i prostactwa. Pozostając tam, prościej jest trwać w zepsuciu, niż czynić wysiłki ku nawróceniu. Innymi słowy: łatwiej jest być ideologicznie leniwym, niż walczyć. Podkreśla się sprzężenie zwrotne tej destrukcyjnej ideologii ze zrodzonym przez nią bezwładem moralnym: „Liberalizm w płaszczyźnie intelektualnej to rozwiązłość w płaszczyźnie moralnej. Z nieporządku w umyśle rodzi się nieporządek w sercu i odwrotnie. Tak to liberalizm krzewi niemoralność, a niemoralność – liberalizm”(„Nasz Dziennik”, 13.10. 2005).

Życie w świecie relatywizmu, niejasnych reguł, jest następstwem pomieszania pojęć. Narzuca się dziś ludziom nieprawdę poprzez zakłamane słownictwo dotyczące małżeństwa i rodziny, wychowania, kultury i Kościoła. Narzędziem siania takiego zakłamania, mętu izamętu, są usłużne media, które w Polsce zostały sprzedane obcemu kapitałowi. Absolutyzując wolność, zajmują się „uwalnianiem” człowieka zarówno od Boga, jak i od obowiązku czynienia dobra. Wszak w postmodernistycznym świecie nie sposób wymagać od kogokolwiek, by swoje poglądy traktował ze śmiertelną powagą. Dość przypomnieć słowa Sartre’a, że „wobec absurdu nie można zachować powagi”. Przecież wszystko jest konwencją, grą i nie można od nikogo wymagać odpowiedzialności za swoje przekonania. Szare jest piękne! Nic nikogo nie obowiązuje w życiu publicznym, nawet za to, co powie czy zrobi. Wszystko stało się możliwe i względne zarazem.

W natłoku frazesów o wolności i tolerancji w Polsce wciąż mała jest świadomość, że istota komunizmu i skrajnego liberalizmu jest jedna i ta sama – polega na wszechstronnej i bezwzględnej walce z Kościołem rzymskokatolickim. W tę walkę przy pomocy podstępnych mediów wprzęgnięci zostali także sami katolicy, owładnięci coraz powszechniejszą bezrozumnością, prowadzącą do cywilizacyjnego kryzysu sensu. Mamy dziś do czynienia z nadużyciem wolności i pomyleniem tolerancji z aprobatą. W efekcie tej pomyłki wielu zwątpiło w możliwość poznania prawdy. Trudno się temu dziwić, skoro nawet współcześni filozofowie stracili ufność w godność ludzkiego rozumu. A szanse na to, aby filozofia odzyskała swój wymiar mądrościowy, nie są zbyt duże.

Trzeba, aby ogół Polaków miał większą świadomość, że ludzka wolność jest uwarunkowana także przez możność wybrania zła. I to się w Polsce stało. Brak dekomunizacji był wyborem zła. Wyjątkowo zasmucające jest to, że Polska wychodziła z komunizmu bogata w wiedzę i przemyślenia, czym jest stalinizm, terror, kłamstwo ideologicznej indoktrynacji. A mimo to po 1989 roku całe to doświadczenie uległo stopniowej banalizacji i stępieniu. Udało się zaatakować podstawy patriotyzmu polskiego, zakwestionować i zbagatelizować męczeństwo Polaków w XX wieku oraz zohydzić rolę katolicyzmu w polskiej historii.

Najwybitniejsi politycy i publicyści, a nawet nasi nobliści, dla doraźnych celów politycznych, niepomni nawet własnych słów, wycofywali się z dawnych ocen, rezygnowali nie tylko z rzetelnego przemyślenia dziedzictwa komunizmu, ale również z jego rozliczenia. Znana ze swojej wielkiej tolerancji lewoskrętna noblistka O. Tokarczuk, szkicując plan tego, co należałoby zrobić, aby świat był lepszy, stwierdziła: „Może religię trzeba by było WYWALIĆ albo pomyśleć o takim społeczeństwie, w którym istnieje mnogość różnych religii, które tolerują się wzajemnie”. Z punktu widzenia konserwatywnego, tradycyjnego Polaka trudno o bardziej destrukcyjny dla ładu społecznego pomysł.

Zwracam uwagę na pomieszanie pojęć; wszak tolerancja oznacza cierpliwe znoszenie czegoś, czego nie aprobujemy. O tolerancji Polaków, a raczej o jej braku, plotą dziś na wyścigi wszyscy, nie wyłączając profesorów filozofii, historii i w ogóle nauk humanistycznych, którzy akurat powinni mieć szacunek do języka i precyzji wyrażania myśli, gdyby jakieś posiadali. Za sprawą nowomowy mamy już do czynienia z całkowitym pomieszaniem pojęć – i to do tego stopnia, że wzajemne porozumienie staje się niemożliwe. Podobnie zachowywali się komuniści, kradnąc inne piękne słowa (tak było z demokracją, z człowiekiem pracy, z postępem) dla nazwania swoich narzędzi przemocy. Pojęcia ‘wolność’ i ‘tolerancja’ wykorzystuje się więc w koncepcji realizacji radykalnej transformacji zachodniej cywilizacji, zniszczenia jej korzeni, z których wyrosła i przez wieki była budowana. Służy temu poprawnie polityczna teza, iż nie ma żadnego starcia cywilizacji. Tymczasem widać, że jest.

W Polsce, w toku transformacji po 1989 r., dokonano sprytnej manipulacji i ośmieszono ugrupowania wolnościowe, uwłaszczono nomenklaturę partyjną i wokół niej zbudowano kadry władzy politycznej, gospodarczej, ośrodków propagandy i indoktrynacji. Większość Polaków udało się nabrać na brak dekomunizacji. Część bezbronnej polskiej młodzieży, wyrastająca w rzeczywistości nieokreślonej, nieukształtowanej ostatecznie, gdzie widma PRL i mentalność postkomunistyczna ciągle są żywe, chętnie sięga do efektownych wzorców światłej Europy. Bawi się w parady feministyczne czy gejowskie, jak kulę u nogi traktując historię, tradycję, moralne rozterki. A gdzie sprawdzone wzorce? Czego się trzymać? Gdzie dobro, a gdzie zło? Wszystko staje się splątane, płynne, brakuje oparcia. Nieprzypadkowo więc tym oparciem uczyniono… wolność i tolerancję! Mało. Wprowadzono terror, dyktaturę wolności i tolerancji. Dzisiaj bycie nietolerancyjnym oznacza bycie NIEBEZPIECZNYM. Mocno propagowane w walce z prawdą hasło tolerancji (fascynacja tolerancją!) ma przecież w rzeczywistości oznaczać oswajanie się z brakiem sprzeciwu wobec zła.

Co robić?

Potrzebna jest mobilizacja i zrozumienie, że nie można zrywać z fundamentem, którym jest wierność prawdzie, dobru i pięknu, bo wówczas klęskę poniosą wszyscy. Także ci, którzy są na szczycie i którym się wydaje, że się uratują, bo mają zapewnioną wysoką pozycję lub możnych protektorów. Trzeba strzec norm postępowania w sferze obyczajowości, pamiętając słowa św. Pawła: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść” (1Kor 6,12). Jeśli Europa chce przeżyć – stwierdził ks. kard. J. Ratzinger w książce Wartości w czasach przełomu – musi „bardzo świadomie poszukać swojej duszy.

Bardzo potrzeba do tego mądrości zawartej w przestrodze A. de Saint-Exupery’ego, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Wciąż za mało ludzi zauważa, że hasłowo ujęty rewolucyjny nihilizm apeluje do człowieka: zamień szkołę w miejsce porad seksualnych, walcz z religią, siej zamęt, zmęcz większość, która nic nie rozumie, a pragnie spokoju. Ofiarą lewicowych pedagogów, przykładowo, padają na co dzień studenci, asystenci, jest więc zagrożone dobro, serca i umysły ofiar tej indoktrynacji. A jeszcze stosunkowo niedawno, w klimacie kulturowym lat 90. ubiegłego stulecia (kiedy to w III RP dopiero instalowali się architekci nowego wspaniałego świata),homoseksualiści cenili sobie prywatność, a feminizm raczkował. Jeszcze niedawno, gdy telerozrywka nie zastępowała myślenia, Polacy nie prowadzili wojny z Kościołem. Na dochodzące wieści o zmianie płci i eutanazji zazwyczaj stukali się w czoło. Kto był katolikiem, uznawał nierozerwalność sakramentu małżeństwa i nie próbował przekonać Pana Boga, że Jego poglądy na świat uległy przedawnieniu. Dziś już tak nie jest.

Co robić? Stanowczo uwyraźniać, że poczucie odpowiedzialności, fundament cywilizacji Zachodniej, jest w zaniku. To z tego powodu po 1989 r. nie tylko nie wygraliśmy wolności, ale utraciliśmy także świadomość własnego zniewolenia. Bardziej szczegółowo można ową przyczynę destabilizacji tradycyjnego świata zobaczyć, rozbijając ją na trzy konsekwencje: propagandową dominację negatywnej, liberalistycznej koncepcji wolności („jestem wolny, bo mogę odrzucić jakąkolwiek wartość”), na porzucenie pojęcia i wartości natury ludzkiej („nie ma we mnie nic stałego i zdeterminowanego moralnie”).Trzecia konsekwencja jest wynikiem poprzedniej. Propagandowemu upowszechnieniu ulega postawa autokreatora: „sam stwarzam siebie i swoje normy postępowania” („Forum Akademickie” nr 1/1999). Łatwo zauważyć, że w zarysowanej perspektywie postrzegania człowieka nie ma miejsca dla Boga. Jego miejsce zajmuje człowiek.

Urok bolszewickiego patrona

Póki co, w Polsce na odsłonięcie pomnika Lenina się nie zanosi. Nie oznacza to wszelako, że nie ma już u nas środowisk sympatyzujących z lewacką formacją ideologiczną. Od dawna narasta we mnie niepokojące przeświadczenie, że nasi liderzy salonowej pedagogiki działają na akademicką społeczność jak współczesne korporacje. Bywa, że przyciągają prestiżem. Nic to, że pijarowo, ale by odebrać to, co najważniejsze – niezależność w myśleniu. Lewackie standardy intelektualne wciąż trzymają się mocno. Są trwale obecne w polskiej lewoskrętnej akademickiej pedagogice. Oto z blogu prof. Śliwerskiego (12 V 2015) ambitny pedagog dowie się, że czeka na niego nagroda naukowa, jeśli tylko jego wysiłki uznane zostaną za wybitne. PAN wyróżni go wówczas nagrodą imienia Władysława Spasowskiego – czołowego polskiego filozofa marksistowskiego okresu dwudziestolecia międzywojennego. Ten komunistyczny pedagog i działacz oświatowy po wybuchu II wojny światowej starał się wraz z synem bezskutecznie o wyjazd do ZSRR. Zagrożony aresztowaniem przez gestapo, popełnił samobójstwo. Imię W. Spasowskiego nosiło parę szkół w Polsce. Przemianowano je w różnych latach. W 2006 r. nawet w „czerwonym Zagłębiu”/Sosnowcu szkoła podstawowa zmieniła go na innego patrona. Natomiast w lewoskrętnym kręgu polskiego salonu pedagogicznego przedwojenny komunista ma wciąż swoich wielbicieli. W skład Komisji nagrody im. W. Spasowskiego wchodzą liderzy akademickiej pedagogiki: prof. Z. Kwieciński – przewodniczący i prof. B. Śliwerski.

W miejsce komentarza do tej mało znanej informacji przypomnijmy, że katolik nie może stawać jednocześnie po stronie prawdy i kłamstwa, dla własnej wygody stawiać między nimi znaku równania. Nie może TOLEROWAĆ milczenia, kiedy trzeba głośno mówić. Mamy niewątpliwie do czynienia z lewacką (póki co bezkrwawą/aksamitną) rewolucją dążącą do przebudowania społeczeństwa według barbarzyńskiego wzoru. W tej przebudowie poczesne miejsce zajmuje promowanie zdegenerowanej wolności i tolerancji. Notabene warto może odnotować, że to już było. Dość powiedzieć, że do naszych czasów doskonale odnosi się charakterystyka społeczeństwa angielskiego i indyjskiego z czasów Gandhiego, słynnego hinduskiego moralisty, który wymienił siedem grzechów głównych owych społeczeństw. Są to: bogactwo bez pracy, przyjemność bez sumienia, wiedza bez charakteru, biznes bez moralności, nauka bez człowieczeństwa, religia bez gotowości do ofiary, polityka bez zasad.

Zmierzam do konkluzji: tolerancja ma sens, jest potrzebna, stanowi wartość, lecz tylko wtedy, kiedy o tym, co prawdziwe, nie mamy pewnej wiedzy bądź przedmiot sporu wyklucza dojście do pozytywnych uzgodnień. Tolerancja nie może znaczyć uznania poglądów i zachowań innych za słuszne tylko dlatego, że one istnieją. Jest więc granica tolerancji – kategoria prawdy, w tym prawdy o człowieku i jego godności. Opacznie pojęta tolerancja jest zaprzeczeniem samej siebie. Rozum podpowiada, że toleruje się tylko to, co jest złe. Nikt przecież nie toleruje tego, co dobre, bo dobro jest akceptowalne i samo się broni. Zło zaś tolerujemy, bo nie potrafimy się go pozbyć. Tak oto przykładowo pijaków tolerujemy nie dlatego, że się zgadzamy na ich pijaństwo, ale dlatego, że nie umiemy sprawić, żeby nie pili. Doświadczenia ludzkości wskazują, że wszystko, co uwłacza rozumowi i elementarnej intuicji, czyli godzi w godność osoby ludzkiej, jest zalążkiem zła.

Herbert Kopiec
Herbert Kopiec
Herbert Robert Kopiec (ur.1940 r) polski Ślązak, absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doktor nauk humanistycznych. Nauczyciel akademicki Uniwersytetu Śląskiego, Akademii Świętokrzyskiej im. Jana Kochanowskiego w Kielcach, Gliwickiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości; w latach 2006-2009 dziekan Wydziału Pedagogiczno-Społecznego tej uczelni.

Ostatnie wpisy autora