Reparacje – straciliśmy przez Niemców dużo więcej

Data

Polecamy

Refleksje na koniec roku

W dziejach Polski trudne czasy były właściwie zawsze, dlatego rok 2022 (podobnie jak 2020 i 2021) nie stanowi wyraźnego odstępstwa od normy. Nasi przodkowie w trudnych czasach jakoś sobie radzili, więc i my musimy sobie poradzić.

Dziady

Lewactwo porzuciło „klasę robotniczą”, która nie dorosła do szczytnych ideałów komunizmu i znalazło sobie inną, doświadczalną klasę „ciemiężonych” zboczeńców. Wzorem Hindusów okaleczających dzieci, też zaczęło od psychicznego okaleczania dzieci, wprowadzając im lekcje „seksu”.

Alkoholizm europejski to wyraz dekadencji i droga do mnożenia złych decyzji polityków (nawiązanie do kłamstwa ekologicznego CO2), (cz. III)

W obliczu pogłębiającego się alkoholizmu europejskiego politycy i instytucje Unii Europejskiej przez ćwierć wieku, niczym inkwizycja, zajmowali się tematami zastępczymi, takimi, jak forsowanie fałszywej poprawności politycznej, moralnej i naukowej.
"Istnienie Polski jest nie do zniesienia, gdyż nie można go pogodzić z przetrwaniem Niemiec. Dla Rosji istnienie Polski jest jeszcze trudniejsze do zniesienia". Tak w 1920 twierdził niemiecki generał. Coś się zmieniło po 100 l.?

Poseł Arkadiusz Mularczyk wraz ze swoim zespołem wykonał wielką pracę, próbując dokonać bilansu polskich strat w wyniku II Wojny Światowej. I choć w pracy tej uwzględniono bardzo wiele wątków, strat było znacznie więcej, często jednak niemożliwych do wyceny. Aby te niepoliczalne straty sobie uświadomić, trzeba je rozpatrywać w szerszym historycznym kontekście.

Polacy nigdy nie pogodzili się z utratą własnego państwa i dążenie do jego odzyskania było motorem działań, mniej lub bardziej racjonalnych, przez cały okres zaborów. Bez względu na ogrom cierpień i upokorzeń, ryzyko utraty majątku lub życia, Polacy podejmowali walkę – najczęściej z góry skazaną na klęskę. Dopiero piąte pokolenie naszych rodaków doczekało się wyśnionej, wymarzonej i wywalczonej Polski. Niestety naszym ojcom dane było bardzo krótko cieszyć się swoim niepodległym państwem. W Polsce zdawano sobie sprawę, że nasz kraj uważany jest za „państwo sezonowe”, które może zostać zaatakowane w każdej chwili i dlatego utrzymywano bardzo liczną 300 tysięczną armię. Na zbrojenia wydawano ogromny procent budżetu (30 % w 1938 roku). W 1939 roku atak niemiecki mogliśmy odpierać długo. Szykowano trzecią linię obrony na Bugu, wciąż istniało 25 niezniszczonych dywizji, Niemcy wystrzelali większość amunicji i zużyli paliwo, a pozbawiony dróg teren Polski wschodniej bardziej sprzyjał kawalerii niż czołgom. Niestety złowrogie współdziałanie Niemiec i Rosji po raz kolejny w historii zniszczyło nasze szanse.

W 1920 roku szef sztabu niemieckiej armii, generał Hans von Seeckt, pisał: „Istnienie Polski jest nie do zniesienia, gdyż nie można go pogodzić z przetrwaniem Niemiec. Polska zniknąć musi i zniknie wskutek swych wewnętrznych słabości i presji Rosji – z naszą pomocą. Dla Rosji istnienie Polski jest jeszcze trudniejsze do zniesienia niż dla nas: żaden rosyjski rząd nie może zgodzić się na istnienie Polski”.

Mamy pełne prawo mieć pretensje do Niemców za to, że w 1939 zniszczyli nasze wciąż niedoskonałe, lecz suwerenne, liczące się w Europie i mające znakomite perspektywy, państwo. Państwo, z którego obywatele – przynajmniej ci, którzy się z nim identyfikowali – mogli być dumni. Wskutek agresji niemieckiej utraciliśmy znowu niepodległość stając się częścią „ruskiego mira” na 50 lat. Podczas, gdy świat uciekał do przodu, my musieliśmy budować zbrojną potęgę ZSRR i pogrążaliśmy się w marazmie, oddalając się ekonomicznie i mentalnie od Europy. W dużym stopniu staliśmy się narodem przesiedleńców – poobijanym i pokaleczonym psychicznie. Z kompleksem niższości i głębokim przekonaniem o własnej niemożności, a w konsekwencji konieczności podporządkowania się silniejszym sąsiadom. Ludzie tak uważający (jest ich dużo) sądzą, że są „realistami”, a ich kompleksy są troskliwie hodowane i stale pogłębiane przez gromadę płatnych publicystów uprawiających „pedagogikę wstydu”. Dzisiejsze głębokie podziały w polskim społeczeństwie to także skutek agresji niemieckiej z roku 1939 – też można by je przeliczyć na koszty i dopisać do rachunku wystawionego przez posła Mularczyka.

Choć przemyślenia generała von Seeckta pochodzą sprzed 100 lat, ich złowrogie przesłanie ciągle nas straszy, a współcześnie znajdujemy je w projekcie „Euroazji” Aleksandra Dugina. Dziś, w obliczu wojny na Ukrainie może wydawać się, że idea „Euroazji” jest ostatecznie skompromitowana, ale są przesłanki by sądzić, że realizacja projektu postępuje, choć dyskretnie. Świadczą o tym dziwne zachowania Niemiec i Francji odnośnie pomocy wojskowej dla Ukrainy i sankcje finansowe stale nakładane na Polskę – kraj będący najbliższym sprzymierzeńcem Ukrainy i najbardziej zaangażowany w pomoc dla tego kraju. Projektantom „Euroazji” trudno się rozstać ze swoją ideą, bo w jej realizację na przestrzeni paru dziesiątków lat wyłożono miliardy.

Aby jednak „Euroazja” mogła zaistnieć, potrzebne są dwa warunki wstępne, bez spełnienia których kontynuacja projektu jest niemożliwa:

1. dokończenie „sprawy Ukrainy” przez rosyjską pacyfikację, lub w wypadku jej zwycięstwa – przyjęcie do UE.  

2. zjednoczenie UE w jeden organizm państwowy pod kierownictwem Niemiec. W projektowanej federalizacji Europy (faza wstępna przed zjednoczeniem) głównymi „hamulcowymi” będą Polska i Węgry.

Dziś proputinowska polityka Węgier kompletnie nas zaskoczyła, bo sądziliśmy, że kraj ten jest tradycyjnie antyrosyjski, w którym wciąż żywa jest pamięć powstania 1956 roku. Niewykluczone, że Putin w ramach rozbioru Ukrainy obiecał Węgrom odzyskanie Rusi Zakarpackiej – historycznego kraju Korony Węgierskiej, w której obok  450 tysięcy Rusinów nie do końca identyfikujących się z Ukraińcami, wciąż żyje 150 – tysięczna mniejszość węgierska. Natychmiast po rosyjskiej inwazji, gdy wielu ludzi w Europie przewidywało szybką klęskę i rozpad Ukrainy, ukazała się notatka prasowa, do której chyba nikt nie przywiązywał uwagi, a mówiąca o wysłaniu wojsk węgierskich w kierunku granicy z Ukrainą.

Węgrzy mają wciąż traumę w związku z rozbiorem swego państwa po I Wojnie Światowej – byli oni największym przegranym tej wojny tracąc 2/3 terytorium i 1/3 ludności. Pozbawieni zostali także dostępu do morza. Wiktor Orban prawdopodobnie chciałby być „ojcem narodu”, któremu udało się odzyskać choć część utraconych terytoriów. Może Orban w rozmowie z rosyjskim przywódcą – czekistą dał się nagrać i obecnie jest szantażowany? Podobną propozycję Putina szczwany lis Tusk (znający obyczaje czekistów) według relacji Sikorskiego – zbył milczeniem. W tym wypadku dobrze się złożyło, że ówczesny nasz (?) przywódca nie był emocjonalnie związany z Polską. Polski patriota wobec propozycji odzyskania Lwowa i Małopolski Wschodniej, mógłby połknąć haczyk…

„Euroazja” to termin, który pojawił się stosunkowo niedawno, ale nie jest niczym innym, jak elegancką, działającą na wyobraźnie nazwą Europy „zjednoczonej” i zdominowanej przez kagiebowską Rosję. Według Christophera Story powstanie Unii Europejskiej stworzyło wielkie możliwości rosyjskiej ekspansji na Europę. Proces pełzającego podboju jest rozciągnięty w czasie i składa się z takich elementów jak uzależnienie energetyczne, zakupy gazet i stacji telewizyjnych przez rosyjskich oligarchów, wejście rosyjskiego kapitału do zachodnich przedsiębiorstw, wykupywanie atrakcyjnych nieruchomości, osiedlanie się wielkiej ilości Rosjan w krajach europejskich itp. Elementem tego procesu jest także usuwanie z życia politycznego (czy nawet fizyczna eliminacja) niewygodnych ludzi – na skalę hurtową zastosowano to wobec  polskiej elity narodowej w Smoleńsku.

Największą przeszkodą w bieżącym etapie prac nad „Euroazją” – zjednoczeniem Europy – jest obecny polski rząd, którego usunięcie według słów Sorosa „będzie trudne”, ale prace trwają.

Ostatnio byliśmy świadkami wielkiej ofensywy, która przyniosła wymierne rezultaty – poparcie dla Platformy osiągnęło 30 %. Zaczęło się od rewelacji płk Pytla, który ujawnił w Gazecie Wyborczej, że „Rosja już tu jest” (w szeregach PiS), później TVN wyemitowała „porażający” materiał o „kłamstwach Macierewicza” na temat katastrofy smoleńskiej, ale najważniejsze było wystąpienie Tuska w Poczdamie z płomienną mową, w której przekonywał, że od zawsze „przestrzegał Europę” przed Rosją. Moją teorią spiskową jest, że całe to wydarzenie – uroczyste wręczenie nagrody narodowi ukraińskiemu na ręce boksera Kliczki z laudacją Tuska – było „ustawką na rynek polski” i miało na celu „dopompowanie” przewodniczacego PO. Tusk przemawiał po polsku (dlaczego po polsku?), a na koniec Wołodymir Kliczko, który wiele lat pracował w Niemczech i ma tam mnóstwo ustosunkowanych znajomych, podziękował „Donaldowi i Platformie Obywatelskiej” za to co zrobili dla Ukrainy…

Platforma Obywatelska to partia, która najpełniej realizowała założenia i plany budowy „Euroazji” (zabójczej dla Ukrainy) i prawdopodobnie powstała właśnie w tym celu.

W parlamentaryzmie partie zostają zakładane przez grupy ludzi skupione wokół pewnej idei lub pomysłu na organizację państwa. Gdy założycielom uda się przekonać do swego programu dostateczną ilość ludzi, dzięki mechanizmom wyborczym demokracji, partia zdobywa władzę i ma szansę realizować swój program. W wypadku PO wszystko działało niejako na odwrót; celem miało być zdobycie władzy. Dlatego najważniejszy był wizerunek, a program był rzeczą wtórną (zresztą nie musiano go realizować). Partia została wymyślona w elitarnym gronie generałów służb komunistycznych i specjalistów od marketingu politycznego czy pijaru. Zanim przystąpiono do tworzenia partii grupa jej twórców – ekspertów, musiała sobie odpowiedzieć na pytanie na jaką partię najchętniej zagłosują Polacy. Ustalono, że partia musi być nowoczesna, europejska, nie komunistyczna (ale nie antykomunistyczna), ”centrowo-prawicowo-liberalno-lewicowa”, ideologicznie na tyle niekonkretna, że możliwa do zaakceptowania przez wszystkich, co są „za, a nawet przeciw”.

W demokracji „obrazkowej” najważniejszy był jednak wizerunek „frontmenów” medialnych partii. Musieli to być ludzie młodzi o miłych gębach, wyposażeni w dobre garnitury i drogie zegarki (gęby faktycznie sterujący formacją „macherów z zaplecza” nie musiały już być tak mile). Donald Tusk okazał się idealnym kandydatem na lidera i przyczynił się w sposób decydujący do powodzenia przedsięwzięcia.

Ważną częścią wizerunku PO mieniącej się „ugrupowaniem postsolidarnościowym”, było wytworzenie przekonania, że jest to „partia inteligencka”. W rzeczywistości połowa głosujących na Platformę ma wykształcenie podstawowe, choć w drugiej połowie są inteligenci, półinteligenci i lumpeninteligenci. Niezmiennie głosuje na tę partię 100% celebrytów, 100% więźniów, a także milionowe rzesze obywateli aspirujących do bycia „rozumnymi”. Do dobrego tonu należy bezkrytyczne popieranie tej formacji, co jest źródłem dobrego samopoczucia i formą nobilitacji towarzyskiej. Sukces PO był tak znaczny, że skłonił budowniczych „wspólnego europejskiego domu” do skopiowania projektu – powstawały liczne jej klony w krajach dawnego bloku  sowieckiego (np. największa partia na Litwie – Partia Pracy była dokładną kopią Platformy Obywatelskiej).

Blokowanie wypłaty KPO dla Polski, by nie stał się „funduszem wyborczym PiS-u”, uporczywe, czy wręcz bezczelne popieranie Tuska i Platformy Obywatelskiej przez brukselskich funkcjonariuszy, świadczy o tym, że projekt „Euroazji” wciąż jest realizowany.

Fakt, że potęga instytucji europejskich jest wykorzystywana do walki politycznej w Polsce (szef rządzącej w Unii Europejskiej partii EPP był także przywódcą polskiej opozycji!), powinien szokować.

Nagroda M100 Media Award, którą wręczono w Poczdamie, przyznawana jest od 2005 roku „za wkład w obronę wolności mediów i wolności słowa, a także za wkład w umacnianie zasad demokracji i wzajemnego zrozumienia w Europie” (Wikipedia). W sowieckiej machinie generowania autorytetów – agentów wpływu bardzo ważną rolę odgrywały różnego rodzaju nagrody i wyróżnienia. Stąd sowieckie starania, by w najważniejszych gremiach przyznających prestiżowe nagrody mieć „swoich” jurorów lub członków kapituły. Często tworzono „szemrane” konkursy, by mieć możliwość przyznawania nagród. Jest dość prawdopodobne, że w tej kategorii mieści się nagroda M100.

Aby Ukraina mogła się skutecznie bronić, potrzebne jest stałe bardzo kosztowne wsparcie. Jednak Europejczycy nie wydają się być zmotywowani na tyle, by ryzykować obniżenie swej stopy życiowej.

Wiedzą o tym Rosjanie i dlatego można się spodziewać, że niebawem rozpoczną się w krajach europejskich masywne protesty ludności „przeciw wojnie i drożyźnie”, a celem ich będzie skłonienie Ukrainy do kapitulacji. Sprawna organizacja masowych protestów to jedna z podstawowych umiejętności sowieckiej agentury.

W 1983 roku jeden z szefów KGB Władimir Semiczastny organizował w Niemczech milionowe demonstracje „pokojowe” posługując się miejscowymi pomagierami w rodzaju marksistowskiego działacza młodzieżowego Olafa Scholtza.

Z pewnością dziś Rosjanie dysponują możliwością zorganizowania podobnych protestów. Zresztą prorosyjskie „protesty pokojowe” już się pojawiły – na razie w Niemczech i Czechach, a więc w krajach, gdzie mieszka najwięcej Rosjan.

Dlaczego bronimy się przed piękną ideą „zjednoczenia Europy” pod przewodnictwem Niemiec? Bronimy się, gdyż wielokrotnie w historii doświadczaliśmy skutków współdziałania Niemiec i Rosji w naszej sprawie. Dopiero wtedy możemy uznać, że projekt „wspólnego europejskiego domu od Władywostoku po Lizbonę” nam nie grozi, gdy w Europie rozpocznie się usuwanie rosyjskich agentów i lobbystów z życia publicznego, politycznego i gospodarczego. Ale czy to jest jeszcze możliwe?

Dopóki nie pojawi się nowy McCarthy i nie rozpoczną się zdecydowane działania na rzecz „desowietyzacji” Europy, perspektywa realizacji wizji Dugina jest nadal aktualna.

Choć  wydaje się chwilowo niemożliwa, z Rosją pod kierownictwem Putina. Jednak gdyby wkrótce pojawił się w Rosji jakiś nowy, miłujący demokrację sympatyczny przywódca…?

Jan Martini

 

Ostatnie wpisy autora