Roman St. Adler, Przemilczane Powstanie Śląskie 1765

Data

Polecamy

„Obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni”(!)

Mija rocznica Powstania Styczniowego. Pierwszego, w którym poszli nasi w bój bez broni. To (i powtórka w 1944) powinny nas nauczyć jednego - każdy Polak powinien być uzbrojony. A nie jest. Głupoty naszych elit nic już nie tłumaczy

Udawanie

Unia Europejska udaje, że dba o „praworządność” w Polsce, co jest sardoniczną kpiną dla każdego. Chodzi jedynie i wyłącznie o destabilizację naszego państwa, co też jest dla każdego, myślącego człowieka oczywiste.

Roman St. Adler, Nowa germanizacja polskiej historii Śląska na Wikipedii

Pilnujmy swojej historii, również na Wikipedii. Jej fałszowanie wpływa na naszą świadomość. Przez wieki całe polska śląska wieś miała nazwę Ziemięcice. Po niemiecku Ziemientzitz. A dowiadujemy się, że to tradycyjna nazwa niemiecka
Gdy tylko ucichły działa wielkiej europejskiej wojny, na Śląsku wybuchła fala buntów, wielkie powstanie. I nie mówimy tu o latach 1919-21, które zakwestionowały 180 lat niemieckiej eksploatacji, ale o początku tej okupacji od 1741

Gdy tylko ucichły działa wielkiej europejskiej wojny, na Śląsku wybuchła fala buntów, które historycy określają wręcz jako wielkie powstanie… chłopów śląskich. I nie mówimy tu o trzech powstaniach śląskich z lat 1919-1921, które zakwestionowały 180 lat kolonialnej eksploatacji niemieckiej Śląska, ale o latach, które tę okupację zaczynały…

W 1736 r. gdy liczba ludności Śląska po gwałtownym załamaniu w wyniku wojny 30-letniej (1618-1648) sięgnęła ok. 1 mln 800 tys., nad Śląsk ponownie nadciągnęły z Niemiec „czarne chmury”. Od 1740 r. do 1763 r. w wyniku agresywnej polityki króla Prus Fryderyka II przez Śląsk przetoczyły się trzy tzw. wojny śląskie, pomiędzy protestanckimi Prusami Hohenzollernów, a katolicką Austrią Habsburgów. W ich wyniku Prusy dokonały pierwszego rozbioru Śląska: w tajnej umowie prusko-austriackiej, zawartej w Schnellendorf  9 października 1741 r. Fryderyk II zadowolił się „Dolnym Śląskiem do rzeki Nysy, a na prawym brzegu Odry do rzeki Brynicy”. Według źródeł austriackich nikt na dworze w Wiedniu nie miał pojęcia, gdzie płynie owa Brynica. Jednak Prusacy wiedzieli: najpewniej dzięki sugestii jednego z kupców wrocławskiej rodziny Giesche, którzy od 1704 r. mieli wyłączny przywilej na eksport galmanu, czyli rudy cynku i ołowiu z Górnego Śląska, okolic Bytomia i Tarnowskich Gór. A tych surowców armia pruska potrzebowała bardzo do produkcji amunicji…

Zapowiedzią stosunków, jakie miał narzucić ludności Śląska pruski zdobywca, był szlak szubienic między Dusznikami a Náchodem, gdzie co 300 metrów wisieli przy drodze chłopi śląscy, powieszeni przez Prusaków za to, że ośmielili się dotrzymać wierności cesarzowej Marii Teresie i walczyli o Śląsk pod panowaniem Habsburgów w ramach Korony Czeskiej. Działo się to w czerwcu 1742 r., gdy podpisywano traktat pokojowy między Austrią i Prusami. Nie przez przypadek też pierwsze decyzje administracyjne na okupowanym przez Prusaków Śląsku dotyczyły budowy dwóch nowych więzień: pierwszego w Brzegu, drugiego na dawnym zamku książęcym w Jaworze. Tak Fryderyk II realizował obietnicę z 1740 r., że chłopom na Śląsku przyniesie wolność.

Na podbitym obszarze Prusacy zlikwidowali resztki samorządności księstw śląskich, co oznaczało kres pierwotnej autonomii Śląska. Jednak największą udręką mieszkańców Śląska pod okupacją pruską był przymusowy zaciąg do wojska. Po początkowym okresie ochronnym w latach 1742-1743 na pruskim Śląsku utworzono tzw. kantony rekrutacyjne dla 13 regimentów. Przykładowo, wiosną 1742 r. pruski feldmarszałek Schwerin zażądał z samego tylko księstwa opolsko-raciborskiego dwóch tysięcy rekrutów. Do 1743 r. armię pruską powiększono w ten sposób o 18 tys. śląskich rekrutów. Dlatego przed pruskimi werbownikami ludzie zaczęli ze Śląska uciekać na Łużyce, w głąb Austrii albo do Polski.

Na Ślązaków nałożono olbrzymie podatki: dwa i pół miliona talarów rocznie. Jak można było przeczytać w jednej z ulotek, krytykujących pruską okupację: „obecnie pod >>słodkimi<< rządami pruskiego króla musimy dawać na utrzymanie wojska pruskiego trzysta tysięcy florenów, co stanowi rocznie trzy  miliony i sześćset tysięcy florenów, z czego my, Ślązacy, i nasz Śląsk nic nie mamy prócz nowych utrapień, utrudnień i poniżeń. I jeszcze głosi się, że każdy, kto nie zapłaci, traktowany będzie jak wróg. Mówi się, że owym wrogom Prusacy spalą dach nad głową i wypędzą z kraju. Z kraju, który jest ojczyzną każdego Ślązaka, z kraju Piastów chcą nas wypędzić, jeśli nie zapłacimy w terminie, jak od nas żądają”…

Na co te podatki, a raczej kontrybucje? Odpowiedź jest prosta: pod panowaniem Habsburgów na posiadającym swój samorząd i sejm dzielnicowy Śląsku stacjonowało maksymalnie do dwóch tysięcy żołnierzy cesarskich, a Prusy wprowadziły na jego podbitą część 35 tys. armię i narzuciły ludności śląskiej obowiązek jej utrzymania. Oznaczało to, że większość armii, poza załogami twierdz, kwaterowała w domach prywatnych. Wprawdzie król ze ściągniętych na Śląsku podatków płacił właścicielowi kwatery 8 groszy miesięcznie za żołnierza żonatego mieszkającego z żona, ale za tą symboliczną kwotę Ślązacy musieli mu zapewnić „opał zimą, gorącą wodę przez cały rok, łóżko z pościelą” zmienianą co dwa miesiące i ręczniki. Jeśli ktoś nie dostawał żołnierza na kwaterę – musiał płacić tzw. serwisowe, które wynosiło drugie 30% oprócz podatku narzuconego przez pruskiego fiskusa. Kto dawał kwaterę kawalerzyście – musiał utrzymywać również jego konie, co często kończyło się tak, że bydło gospodarza stało na zewnątrz niezależnie od pogody, a konie zżerały przeznaczoną dla niego paszę. Ponadto wojsko wymuszało na gospodarzach nie tylko gorącą wodę, ale i ciepłą strawę. Wielu Ślązaków zostało w ten sposób zrujnowanych, musieli sprzedawać meble, zrzekali się własności, zaprzestawali budowy nowych domów.

Skutki tego rabunku Śląska pod panowaniem Fryderyka II spisał pruski inspektor Lautensack, sporządzający na rozkaz króla dokładny rejestr jego nowych, śląskich posiadłości : „Na prawym brzegu Odry, na polskiej stronie, położenie chłopa godne jest współczucia. Ci ludzie nie będą mogli w przyszłości zapłacić podatków. Znowu powiększyły się i tak już przerażająca liczba opuszczonych domów i porzuconych zagród na wsi, albowiem szlachta tutejsza sama jest biedna i nie jest w stanie udzielić poddanym realnej pomocy. (…) Miasteczko Toszek należące do hrabiego Kotulińskiego jest chyba najnędzniejszą mieściną na Górnym Śląsku. Stoi tu już dwadzieścia opuszczonych domów, a pozostałe są w takim stanie, że ci biedni ludzie podczas deszczu leżą w wodzie. Ale jest tu na stałe szwadron huzarów z pułku Hostiz, którym mieszczanie musieli udostępnić swoje stajnie, a ich własne bydło stoi pod gołym niebem, a niektórym wojsko wyprowadziło bydło za bramę miejską i rozpędziło. Jestem zdania, że z tym garnizonem trzeba szybko cos zrobić, inaczej mieszkańcy pomrą z głodu, bądź z rozpaczy uciekną do Polski. Tarnowskie Góry: ze względu na upadek górnictwa ludzie cierpią głód i uciekają do Polski. Stoi tu 61 opuszczonych domów. Bytom: należy do hrabiego Henkla, tylko 123 domy są zamieszkałe. Ludzie są bez wyjątku bardzo biedni i skarżą się na hrabiego. Stoją tu dwa szwadrony huzarów, na których mieszkańcy bardzo narzekają. Jeśli tak dalej pójdzie, miasto zginie. Gliwice: są mniejsze jak Bytom, kilkakrotnie spalone. Wybudowano tu byle jak 131 domów, a ponad sto nie zostało odbudowanych”…

Oczywiście, król Prus nie miał zamiaru uwierzyć w sprawozdanie inspektora. Nie brał też pod uwagę, że katastrofą gospodarczą, która – oprócz kwaterunków – przyczyniła się do upadku miast Górnego Śląska było nałożenie wysokich barier celnych na granicy z Rzeczpospolitą. Jak można było przeczytać w cytowanej wyżej ulotce: bez handlu śląskiego z Polską „śląskie kupiectwo istnieć nie może. Przerwanie naszych odwiecznych więzów z Polską jest ze strony króla Prus najbrutalniejszym przedsięwzięciem, o jakim historia Śląska wie”.

Pierwsze bunty i pozory pro-chłopskiej polityki.

W roku 1746, który na skutek słabych zbiorów w poprzednim był kolejnym rokiem głodowym na Górnym Śląsku, po drugiej wojnie śląskiej, zabrakło zboża na chleb. Pod wpływem tej rozpaczliwej sytuacji doszło m.in. do buntu śląskich chłopów w głubczyckich Lewicach (1748 r.) i stłumienia rok później buntu w Białej Prudnickiej. Kiedy doprowadziło to do ucieczek chłopów do Polski, król zainterweniował, doprowadzając do przymusowej sprzedaży kilku majątków ziemskich. W dobrach rybnickich wybuchł bunt chłopów w 1749 r. Jak przypomniał Oswald Stefan Popiołek (Bunty chłopskie na Górnym Śląsku do 1811 r., Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1954) władze pruskie, aby go stłumić, zakwaterowały „wojsko w każdej zagrodzie. Zrujnowało to chłopów zupełnie. Poza tym chciano ich ukarać. I tu zaczęły się kłopoty. Co dla udręczonych ludzi może być jeszcze karą? Ciężkie roboty? Taczki? Więzienie? Przecież od najmłodszych lat wykonują najcięższe roboty, nie było dnia, który by się nie równał taczkom i robotom przymusowym! Więzienie zaś o suchym chlebie i wodzie byłoby dla nich ulgą i polepszeniem bytu. Przecież  i tak nic lepszego nie jedzą i ciężko przy tym pracują, a w więzieniu nie musieliby robić! Po­przestano więc na pobiciu ich”.

Pod wrażeniem tych buntów władze pruskie nakazały w 1749 r. właścicielom ziemskim stosować wprowadzoną ustawowo ochronę chłopów, m.in. zakaz wykupowania przez właścicieli ziemskich ziemi chłopskiej, czyli tzw. rugowania chłopów, a co więcej – nakazały zwrot gruntów zagarniętych w ten sposób w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Ustawa jednak nie weszła w życie i już w 1750 r. bunty ogarnęły ponad 20 wsi w powiecie raciborskim. Równocześnie od 1751 r. okupacyjne władze pruskie powtarzanymi ciągle nakazami zamierzały zastąpić nauczycieli-Polaków w miejscowościach z ludnością mówiącą po polsku – Niemcami. Usunięto kilkudziesięciu polskich nauczycieli, ale celu nie osiągnięto, bo zabrakło nauczycieli niemieckich, chętnych do osiedlania się na Śląsku.

Mimo, że Śląsk poniósł w dwóch pruskich wojnach największe zniszczenia wojenne, „wielki” Fryderyk napisał w 1752 r., że „położenie chłopa na Śląsku jest dobre z wyjątkiem Górnego Śląska, gdzie jest chłopem pańszczyźnianym.  Należałoby z biegiem czasu zadbać o to, by był wolny”. Pisał z zadowoleniem o ludności Górnego Śląska, że mimo „barbarzyńskiej nędzy”, która tam zapanowała, jego mieszkańcy, którzy – według jego słów – „z człowiekiem wspólną mieli tylko postać” „mnożą się jak króliki”. W tym tzw. testamencie politycznym tak ocenił śląską szlachtę: „Ślązacy z Dolnego Śląska są porządnymi ludźmi; trochę nieokrzesani, ale to wina ich złego wychowania. Są próżni, lubią luksus, wydają pieniądze, cenią bardzo tytuły, a nienawidzą stałej pracy. Obca im jest dyscyplina i twardy wysiłek, jakich wymaga regulamin wojskowy. Górnoślązacy są tak samo próżni, ale inteligentniejsi. Tylko będąc katolikami nie są przywiązani do rządu pruskiego, do czego przyczynia się również fakt, że większość ich krewnych siedzi pod panowaniem austriackim”. A że „wielki” Fryderyk chciał mieć na Śląsku szlachtę zgodną z regulaminem wojskowym, obłożył sekwestrem majątki tych, którzy byli nieobecni – czyli, zapewne, stanęli po stronie austriackiej – i rozdał je zasłużonym oficerom pruskim, zwłaszcza ewangelikom. Tak na Górnym Śląsku zaczęła się tworzyć nieliczna warstwa „nowych panów”, której wspólnym interesem było panowanie nad nową prowincją.

W 1753 r. wojenny minister Śląska von Műnchow zażądał z Kamery Wrocławskiej danych o handlu, jaki poddanymi uprawiali ci „nowi panowie”. W odpowiedzi starosta bytomski potwierdził, że „panowie mają prawo sprzedać, przehandlować lub podarować swoich chłopów tak samo jak inne rzeczy”; mogli „swojego” chłopa zamknąć, zakuć w łańcuchy i zmuszać do dodatkowej pracy. Chłopi śląscy nie wiedzieli, że mają prawo poskarżyć się na swego pana. Zresztą – do kogo, skoro urząd sędziego można było kupić, a panowie drobnymi dla nich prezentami: a to ustrzelonym jeleniem, a to dzikiem, dodatkowo „kupowali sobie” właściwy osąd chłopskiej skargi przez urzędników administracji królewskiej? Mitem jest bowiem rzekoma „nieprzekupność” urzędników pruskich. Powodów do pośredniczenia administracji pruskiej było mnóstwo, bo szlachta, która posiadała na pruskim Śląsku 70% własności ziemi, powiększała swoje folwarki kosztem ograniczania pastwisk i łąk, z których dotąd korzystali również chłopi. Nowi magnaci śląscy podnosili chłopom pańszczyznę i tzw. robocizny powołując się na dawne przywileje i ustalenia. Kolejnym ciosem w lud śląski były wielokrotnie wydawane od 1754 r. zakazy pielgrzymek do Częstochowy, za złamanie których nakładano wysokie kary, a na granicę z Rzeczpospolitą wysyłano wojsko w celu ich powstrzymania.

Dyskryminacja starej szlachty śląskiej a katastrofa demograficzna Śląska.

Od 1755 r. „życzliwy” chłopom minister do spraw Śląska, Ernest Wilhelm von Schlabrendorff w sporach między wsią a panami zaczął popierać chłopów, jednak tylko dlatego, że mieli oni płacić podatki do kasy państwa i byli poborowymi w nowym typie armii, opartej na piechocie. Jego decyzje miały kreować wśród śląskich chłopów przekonanie, że „dobry król” Prus i jego ministrowie o nich dbają, a jedynie „źli panowie” są ich gnębicielami. Taka kolonialna propaganda miała pogłębić podziały klasowe na Śląsku, ukształtowane w warunkach względnego feudalnego liberalizmu Habsburgów, a w rezultacie – rozbić dotychczasowe więzi feudalne, odseparować dawną szlachtę śląską od poddanych i albo całkowicie ją wyeliminować jako potencjalne środowisko opozycyjne rządów pruskich, albo tak ją spacyfikować przez konflikt z poddanymi, aby sama oddała się pod opiekę Hohenzollernów i przestała być konkurencyjnym autorytetem w stosunku do pruskich władz.

Trzeba więc było odwrócić uwagę ludu śląskiego od pruskiego źródła jego wyzysku i skierować na innego wroga, wewnętrznego. Istniał głęboki, ekonomiczny powód takiej polityki okupacyjnych władz pruskich na Śląsku. Jak zauważył Franciszek Idzikowski w Dziejach miasta Rybnika i dawniejszego Państwa Rybnickiego na Górnym Śląsku ( Rybnik 1861, „nowe wydanie w języku polskim i niemieckim z dodatkami przez Artura Trunkhardt’a, wydawcy i redaktora naczelnego gazety „Kath. Volkszeitung” w Rybniku”, 1925) – „aż do objęcia władzy przez Prusy poddani nigdy nie płacili podatków bezpośrednio rządowi krajowemu. Płacili je państwu [w znaczeniu: panom, feudalnym właścicielom ziemi – R.A.], które od dawien dawna ustaloną sumę wpłacało do kasy krajowej. Suma ta została  jednak powoli już pod panowaniem austrjackiem przez różne inne nowe podatki pod rozmaitemi pozorami podwyższona, lecz podwyższenie to miało przy smutnych stosunkach finansowych na większej części majątków swoją granicę. Jeżeli zamierzano podwyższyć dochody państwowe [w znaczeniu: państwa pruskiego – R.A.], trzeba było do tego wciągnąć wielką masę narodu i to było jedynie możliwem, przez ułatwienie im ciężarów spowodowanych pańszczyzną. Z tego też wyprowadza się dążenie rządu [pruskiego –R.A.] nałożyć podatki królewskie tak na obywateli, jak i na chłopów, przedewszystkiem zaś zwolnić ich od wszelkich obowiązków nie wynikających z rzeczywistych umów i ustaw”. Dlatego rząd pruski, w konfliktach między śląską szlachtą a chłopami lub mieszczanami, „gdy mu spory do rozstrzygania przedkładano, chciał pośredniczyć, i to w ten sposób, iż w każdem piśmie odczuwa się, że stawał po stronie obywateli”.

Jak pisał Władysław Dziewulski na podstawie niemieckich opracowań z lat 1865 i 1912-1913 w „połowie XVIII wieku wśród szlachty górnośląskiej widzimy piastunów pięćdziesięciu kilku polskich nazwisk i herbów szlacheckich (Dzieje ludności polskiej na Śląsku Opolskim od czasów najdawniejszych do Wiosny Ludów, Instytut Śląski w Opolu, Opole 1972, s. 76), którzy – bywało – nie umieli mówić po niemiecku. „Ta szlachta różniła się obyczajami od całkowicie niemieckiej szlachty dolnośląskiej, wykazując sporo sarmatyzmu w swym sposobie bycia. Pewien urzędnik pruski stwierdza w początkach nowych rządów, że miejscowi posesorzy gospodarowali na wzór swych ojców, mieli niewiele potrzeb, zbytek zaś był im całkiem obcy. (…) Według sprawozdania urzędowego z roku 1765 w tym środowisku tylko niewielu umiało czytać i pisać” (j.w.); można dopowiedzieć: po niemiecku. Wojna doprowadziła majątki tej starej szlachty do ruiny i w rezultacie śląscy posesorzy nie byli w stanie płacić podatków. Niemieccy obserwatorzy musieli stwierdzić, że „na Górnym Śląsku handluje się ziemią jak końmi”, a baron Reibnitz odnotował, że nowa „szlachta zajmuje się lichwą i maklerstwem, zamiast spełniać dziedziczne swe obowiązki uprawy ziemi”. W ten sposób majątki ziemskie przechodziły w łapska nowej, pruskiej szlachty, zwłaszcza, że „Fryderyk od początku wprowadził do spraw podatkowych niczym nie ukrywane intencje dyskryminacyjne: podatek gruntowy mieli chłopi płacić w wysokości 33,3% dochodowości oszacowanej, z gospodarstw na prawie chełmińskim bez obowiązku służby wojskowej 28%, szlachta polska z folwarków 25%, a szlachta niemiecka i wszyscy ewangelicy tylko 20% dochodu szacunkowego”… (S. Salmonowicz, Fryderyk II, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1985, s. 161). Od kiedy w 1758 r. Fryderyk II przekazał mennicę w Cleve Vetelowi Ephraimowi – żydowska firma w porozumieniu z Fryderykiem fałszowała masowo bezwartościowe monety wprowadzane do obiegu w państewkach Rzeszy Niemieckiej, a następnie – do Polski, skąd Prusy importowały żywność i surowce na wielką skalę. Na każdej monecie bandyckie państwo pruskie oszukiwało dostawców o cztery talary. Dla Polski specjalnie bito „lekki”, fałszywy bilon i mało warte talary, tzw. efrajmitki, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen. Na zarzuty, że oszukuje, Fryderyk odpowiadał, że nie tyle Polska poniosła szkody, ile część jej szlachty. W ten sposób firma „Ephraim i Synowie” zarobiła dla króla Prus 25 mln talarów, nie licząc własnego zysku. W tym samym czasie, po odzyskaniu miasta od niewiernych wrocławian, Fryderyk zażądał 300 tys. niesfałszowanych talarów w srebrze, 500 tys. od śląskich kościołów i klasztorów, narzucił też klerowi katolickiemu wbrew traktatowi z Altranstadt 50% podatek. Mimo to w 1760 r. pisał ze Śląska: „nie mam już żadnych zapasów i nie wiem, skąd co wziąć”, przyznając nieopatrznie, że kraj ten został przez Prusy doszczętnie spustoszony…

Po podboju Śląska nowa pruska szlachta mianowała radnych w miastach i miasteczkach, opłacała sędziów, a w ten sposób sprawowała nad poddanymi władzę silniejszą niż to było pod panowaniem Habsburgów. To pan decydował, czy w mieście będzie szkoła i kto w niej będzie uczył; miał też głos podczas obsadzania stanowisk kościelnych. Z 1757 r. zachowała się taka relacja z Górnego Śląska: „Prawdą jest, że mieszkańcy miasteczek muszą pomagać panu przy żniwach, muszą strzyc jego owce, uprawiać wydzielone im pola, utrzymywać w porządku staw zamkowy, oczyszczać fosę i młynówkę, przywozić z odległości czternastu mil kamienie młyńskie, wozić drewno budowlane i owies i są w tym samym położeniu, jak chłopi pańszczyźniani. Ale do tego zdążyli się już przyzwyczaić. Natomiast podatki, kwaterunkowe, serwisowe, akcyza – to przekracza ich możliwości, powoduje smutek i niechęć do życia. Ludzie nie widzą przed sobą żadnej przyszłości”… Zwłaszcza, że Śląsk był łupiony tak przez Prusaków, jak przez armie Habsburgów, które z braku pieniędzy i w wyniku fatalnego zaopatrzenia zaczęły na Śląsku plądrować i zdzierać okup z ludzi, którzy, po złych zbiorach w 1760 r. cierpieli głód. Wkraczające do wiosek oddziały austriackie pieczętowały chłopom stodoły, aby nie mogli niczego zabrać na własne potrzeby…

Oprócz wojny prawie cały przyrost naturalny w tych latach pochłaniała na Śląsku śmiertelność związana z klęskami głodu i epidemiami. „Wielki głód zapanował także na Górnym Śląsku w 1758 r. z powodu słabszych zbiorów w poprzednim roku. W dalszej konsekwencji latem 1759 r. doszło do wybuchu epidemii, prawdopodobnie czerwonki, która dotknęła głównie dzieci”. Razem z wojną swoje żniwo zbierały więc tzw. klęski elementarne. Jan Kwak przypomniał, że „epidemia wśród dzieci panowała również w 1763 r. Dużą śmiertelność wśród nich, a także i młodzieży na Górnym Śląsku spowodowała epidemia ospy w latach 1766-1772” (J. Kwak, Klęski elementarne w miastach górnośląskich (w XVIII i w pierwszej połowie XIX w.), Instytut Śląski, Opole 1987, s. 19).

W wyniku samej tylko wojny siedmioletniej zginęło łącznie 853 tys. ludzi. Amia pruska straciła około 200 tys. zabitych. Państwo pruskie – pół miliona mieszkańców, z tego na Śląsk przypadło 115 tys. Na śląskich wsiach zniszczono 3323 domy, 2225 stodół, 3495 obór. W miastach – 2917 domów, 399 stodół i 1380 obór i stajen. Na odbudowę zrujnowanego wojnami Śląska Fryderyk II przeznaczył 3 mln talarów, czyli mniej więcej jednoroczne podatki, jakie z tej prowincji od ponad 20 lat ściągał. Według obliczeń izby wrocławskiej, lub jej „kalkulatora” F. A, Zimmermanna, przeprowadzonych po 1763 r. liczba ludności Śląska spadła do 1 mln 95 tys. Jak pisał J. Kwak (Miasta księstwa opolsko-raciborskiego w XVI-XVIII wieku, Instytut Śląski, Opole 1977, s. 15): „ Dla 1736 r. liczbę ludności całego Śląska szacuje się na 1 800 000 osób. W czasie wojen śląskich (1740-1763) liczba ta poważnie się zmniejszyła, mniej więcej o około 20%”. Nawet jeśli odejmie się od tego około 120 tys. ludności Śląska pozostałej po tych wojnach w granicach państwa Habsburgów, to nadal otrzymujemy ponad 600 tys. Oto demograficzna katastrofa wywołana podbojem Śląska przez Prusy, wojnami, które Fryderyk toczył głównie w oparciu o kontyngenty i twierdze Śląska: „zniknęło” ponad 600 tys. Ślązaków! Nastąpiło drugie załamanie demograficzne rodzimej ludności: znów za niemieckie wojny wewnętrzne hekatombę złożyło społeczeństwo śląskie.

Powojenny kryzys gospodarczy i antypolskie manipulacje Prusaków.

Zakończenie wojny wywołało wielki krach gospodarczy: jesienią 1763 r. Wielką Brytanię, Skandynawię, Rosję, Prusy ogarnął kryzys finansowy i kredytowy z centrum w Amsterdamie oraz Hamburgu. Amsterdam obsługiwał w czasie wojny olbrzymie pożyczki, jakich sojusznikom – zwłaszcza Prusom (w latach 1758-1761 łącznie 25,5 mln talarów) – udzielała Anglia. Korzystając z roli pośrednika Holendrzy rozpętali spekulacje obligacjami państwowymi i tzw. „łańcuchami pożyczek grzecznościowych/wisselruitij”, w które zaangażował się zwłaszcza dom bankowy braci DeNuefville. Krach „szczególnie dotknął wiele słabych firm berlińskich, z największą w tym mieście firmą Goćkowskiego. Najnowsze badania historyków prowadzą do wniosku, że (…) przy przechodzeniu po wieloletniej wojnie na tory pokojowe ogromnie szkodliwą rolę odegrała (…) taktyka pieniężna Fryderyka II, (…) jego decyzje, zmierzające do stabilizacji monety, a nakazujące wymianę niepełnowartościowych monet będących w obiegu na pełnowartościowe zachwiały swą gwałtowną realizacją całym systemem bankowym od Amsterdamu po Hamburg” (S. Salmonowicz, j.w., s. 159). Powojenną reformę pieniądza Fryderyk oparł na radach V. Ephraima: „nie puszczać od razu w obieg talarów według przedwojennej wartości, tylko oprzeć się na bazie z roku 1758. Ten pieniądz wymagał rewaloryzacji aż o 41 procent, a wszelkie opłaty były wymagane w walucie pełnowartościowej. Saskie pieniądze szły na przetop po ¼ ceny nominalnej. Kontrakty z Żydami kończyły się w roku 1764. Wtedy zaczęto bić talary wartości przedwojennej – 14 talarów z marki srebra. Rewaloryzacja wyniosła już 66,66 procent, a wszystko płaciło społeczeństwo (N. Kracherowa, „Partyzant moralności”, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1989, s. 243). Wycofanie z obiegu „popsutych” przez Fryderyka monet pruskich przed wybiciem i wpuszczeniem na rynek nowych, solidniejszych spowodowało gwałtowną deflację. Bank DeNuefville’ów upadł. Jego bankructwo pogrążyło wiele banków w Hamburgu. Ratujący się przed bankructwami Holendrzy, wyprzedawali obligacje brytyjskie. W ten sposób przerzucili kryzys nad Tamizę: Bank Anglii okazał się ostatecznym źródłem kredytu, co umocniło rolę Londynu, jako centrum finansów światowych, a podkopało pozycję rywalizującego z nim Hamburga (W. Morawski, Kronika kryzysów gospodarczych, Wyd. TRIO, Warszawa 2003, s. 38-39). W skali europejskiej wielkie „znaczenie miał fakt zakończenia koniunktury wojennej, zahamowanie silnej spekulacji cenami zboża na giełdzie amsterdamskiej. Z nagłego braku gotówki wiele szeroko zakrojonych przedsięwzięć i przedsiębiorstw zawisło w powietrzu, co spowodowało lawinowe bankructwa” (S. Salmonowicz, j.w.). Można sobie tylko wyobrazić, jak te gangsterskie machinacje finansowe „wielkiego” Fryderyka i holenderskich spekulantów odczuła i tak już wygłodzona ludność Śląska, zwłaszcza chłopi, kosztem zwiększonego wyzysku których próbowała się ratować zbankrutowana szlachta.

Po ostatecznym włączeniu Śląska do Prus w wyniku pokoju w Hubertsburgu (1763 r.) zwycięzcy protestanci pruscy przystąpili do walki z kościołem katolickim: w 1764 r. zakazano przyjmowania do klasztorów na Górnym Śląsku kandydatów nie znających języka niemieckiego, a  3 listopada 1765 r. ogłoszono nowy „katolicki regulamin szkolny”, który przewidywał, że kandydat na „nauczyciela w okolicach polskich musiał się wykazać znajomością języka niemieckiego, a także umieć po polsku, ażeby móc się posługiwać dwujęzycznymi podręcznikami przeznaczonymi dla Górnego Śląska” (A. M. Kosler, Die preussische Volksschulpolitik in Oberschlesien 1740-1848, Wrocław 1929, s. 13-15). Owa germanizacyjna presja na kościół i szkoły spowodowała, że na Śląsku zaczęły powstawać liczne, cieszące się popularnością tzw. „szkoły pokątne, w których uczono wyłącznie po polsku”. W tymże roku Schlabrendorff przykazał landratom „w powiatach zamieszkałych w całości lub części przez ludność polską, że właścicielom ziemskim pod karą pieniężną nie wolno zatrudniać w swych dobrach jako służbę i czeladź ludzi nie umiejących po niemiecku, ani też udzielać zezwolenia na zawarcie małżeństwa dziewczętom i młodzieńcom przed ukończeniem przez nich 16 lub 26 lat życia, o ile nie wykażą się znajomością języka państwowego. Wymóg ten obowiązywał również synów chłopskich mających objąć gospodarstwa po ojcu” (W. Dziewulski, j.w., s. 89). Te zarządzenia germanizacyjne uderzały bezpośrednio w żywotne interesy ludności chłopskiej. W tym czasie król upominał tego ministra do spraw Śląska, żeby panowie hrabiowie przestali traktować swych poddanych po barbarzyńsku, gdyż powoduje to „niepożądane ucieczki chłopów”, a tej siły roboczej po stratach wojennych w całych Prusach – ale szczególnie na Śląsku – było za mało. Fiasko tych nie tyle pro-chłopskich, co antyszlacheckich i antypolskich działań zaogniło sytuację społeczną na Śląsku.

Pierwsze bunty i wybuch wielkiego powstania chłopów śląskich.

Dlatego ani wojna, ani powojenny kryzys nie stłumiły chłopskiego oporu: zimą 1760 r. kontrybucje doprowadziły do zamieszek w powiecie kozielskim, a komendant twierdzy w Koźlu wysłał list gończy za byłym deputowanym powiatowym von Lipa z Radoszowa i byłym starostą, von Blumencronem, który utworzył z unikających zaciągu do wojska chłopów oddział partyzancki, założył bazę pod Opawą i robił przeciw Prusakom rajdy aż pod Opole. Być może dlatego w 1761 r. poddani z królewszczyzny opolskiej odmówili dostarczenia Prusakom tzw. podwód – wozów z zaprzęgiem – którymi miano dowozić rudę żelaza do produkującej uzbrojenie huty królewskiej w Ozimku. Dopiero interwencja wojska pruskiego zmusiła ich do wykonanie tego świadczenia. W tymże roku hutnicy z huty w Krogulnie, przeważnie wolni robotnicy najemni, zażądali podwyżki płac. Opór ludu śląskiego wobec pruskich porządków narastał. „Wezwane na pomoc wojsko przez 4 lata nie mogło sobie poradzić z uzbrojonymi kupami chłopskimi” (J. Janikowska-Skwara, Górny Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie, 1980, s. 27).

Bezpośrednią przyczyną powstania było samowolne podnoszenie pańszczyzny przez pruskich panów i ich brutalność wobec śląskich chłopów. Bunt przeciwko kolonialnej „gospodarce” pruskich urzędników i nowych panów pruskich na Śląsku doprowadził w 1764 r. do żywiołowych wystąpień chłopskich w kilku wsiach powiatu świdnickiego na Dolnym Śląsku. Rok później chłopi z zagarniętego w 1742 r. przez Prusy Ołdrzyszowa hulczyńskiego (dziś Oldřišov na Opawie), poddani Marii Karoliny z.d. v. Pappen na Oldrisovie i Sluzovicach, małżonki Augusta Wilhelma hrabiego Gesslera, którzy od 5.00 rano do zmroku, 3 razy w tygodniu musieli odrabiać pańszczyznę,  odrzucili nowe żądania tamtejszego dworu. Adwokatem chłopów był niejaki Köhler, którego za chwiejność pomawiali ołdryszowianie, nie bez racji jak się zdaje, że był przekupiony przez Gesslera i zaprzedał się władzom. Przywódcami powstania chłopskiego w Ołdryszowie byli Walenty Kolarz, Jan Lokocz, Szymon Kwittek i Jan Wagner, którzy próbowali wciągnąć do powstania chłopów z sąsiednich wsi, a przede wszystkim z Kobrowic i Kranowic. Możliwe, że byli wcześniej w oddziale von Blumencrona. Aby złamać ich opór Gessler wezwał zaprawione w siedmioletniej wojnie wojsko pruskie: 19 grudnia 1765 r. do wsi wjechało 50 kirasjerów. Jednak chłopi śląscy też brali udział w wojnie siedmioletniej w piechocie pruskiej lub austriackiej, albo w partyzantce von Lipy i von Blumencrona. „Widząc zbliżających się żołnierzy chłopi obwarowali się w karczmie. Nierówny to był stosunek sił: tu wojsko konne, dobrze uzbrojone, tam w karczmie kilkunastu chłopów ,,zbrojnych” w kije, widły i kamienie. A jednak wojsko nie potrafiło zdobyć karczmy.  Jeden atak za drugim przypuszczało na ,,twierdzę chłopską” i zawsze zostało odparte kamieniami i widłami. Po obu stronach lała się krew. Dwanaście ataków odparli chłopi, aż nareszcie wojsko się wycofało. Na drugi dzień przybyło 100 kirasjerów i 50 huzarów. I znowu zaczęły się ataki. Wszystkie zostały przez chłopów odparte (O.S. Popiołek, j.w., s. 60). Walki na terenie Ołdryszowa trwały jeszcze w drugiej połowie grudnia. Ostatecznie jednak kirasjerzy i huzarzy pruscy przeważyli.

Edykt ogłoszony po tych wydarzeniach dopiero w 1767 r. głosił, że „hersztowie, czyli główni buntownicy, Walencin Kolarz i Jan Lokocz w rozruchu 19 grudnia 1765 r. żywot swój utraciwszy, zasłużonej za to kary więcej odnieść nie mogą” (B. Indra , Povstáni  nevolníků v Oldřišově u Opavy r. 1765. Prispěvek k velkému hnutí nevolniků ve Slezsku r . 1766, Slezský Sborník, 1953, 2. 3, s. 339—352). Jednak z listu prezydenta urzędu w Brzegu, hr. Zedlitza, datowanego 17 września 1766 r. wynika, że Lokocz po wypadkach grudniowych zbiegł na teren Śląska austriackiego, gdzie został zatrzymany, a następnie wydany władzom pruskim. Dlatego nie można wykluczyć, że po przejęciu przez Prusaków został uśmiercony bez wyroku. Tak Prusy „absolutnie oświeconego” Fryca wprowadzały kulturę prawną i cywilizowane stosunki dla ludu śląskiego…

„Ileż to dowodów bohaterstwa i poświęcenia  dali ci chłopi [z Ołdrzyszowic – R.A.]! Za ich przykładem już następnej wiosny tysiące chłopów górnośląskich powstało w obronie praw do życia, walcząc w imię godności człowieka z traktowaniem ich jako bydło robocze” (O. S. Popiołek, j.w.). Wieść o chłopskiej bitwie w Ołdrzyszowicach rozeszła się po wsiach. Na wiosnę 1766 r. powstanie ogarnęło cały Górny Śląsk: powiaty nyski, rybnicki, raciborski, pszczyński, gliwicko-toszecki i bytomski. Chłopi żądali zmniejszenia pańszczyzny i ukrócenia samowoli dziedziców. Później odmawiali zapłacenia panom wszelkich danin. Najpierw odmówili posłuszeństwa hrabiemu Emanuelowi Wengerskiemu, właścicielowi majątków w ziemi rybnickiej. Przywódcą tego zbrojnego antyfeudalnego ruchu  w południowej części rybnickiego wolnego państwa stanowego był dworski urzędnik Lewiński z Wodzisławia. Wkrótce „dołączył powiat pszczyński pod wodzą Pawła Gabaczka z Mokrej. U Gabaczka schodzili się na narady wszyscy przywódcy wsi powiatu pszczyńskiego”.

W powiecie gliwickim głównym przywódcą i organizatorem chłopów okazał się Maksymilian Sznuter, czeladnik krawiecki z Knurowa, który głosił, że zna wszystkie edykty dotyczące chłopów i podawał się za powiernika króla. „Kto się nie chciał przyłączyć do powstania, był przez Schnutera karany grzywną od 5 do 20 talarów”. Landrat powiatu gliwicko-toszeckiego von Sack nazwał go w liście do Fryderyka II „panem i generałem powstańców” (O. S. Popiołek, j.w., s. 60). Do szczególnie krwawych rozruchów doszło w Chudowie i w najbliższym rejonie tej wioski. Wydrwiona  przez Niemców jako „naiwność“ podziwu godna była solidarność chłopów z Chudowa, którzy na uzasadnienie swego powstania stwierdzili : „już wiele wsi się zbuntowało, a więc idziemy za nimi i nie będziemy więcej pracować na pana.” W powiecie toszecko-gliwickim bunt ogarnął 40 gmin.

W starostwie bytomskim powstanie wybuchło najwcześniej w Bielszowicach, gdzie agitację organizował miejscowy nauczyciel. Uzbrojeni w kosy, widły i cepy chłopi gromadzili się w pobliskich lasach, dokąd zaczęli się do nich przyłączać siodłacy/siedlocy z dalszych miejscowości. Wprawdzie landratowi bytomskiemu udało się namówić niektóre wsie do powrotu, jednak powstańcy gromadzili się ponownie w innych miejscach. Aresztowania pojedynczych przywódców powodowały jedynie wzrost napięcia (Slezský sborník – Tom 91, 1993, s. 14). Pan na Makoszowej, Ziemiecki, pisał wówczas, że „z początkiem kwietnia powstanie ogarnęło już 8 wsi powiatu bytomskiego i cały powiat gliwicko-toszecki”.

Interesujący jest opis powstania w sprawozdaniu z 1766 r. pruskiego już magistratu Gliwic do kamery królewskiej: „Wydaje się, że zanosi się na jakąś generalną wojnę z chłopami, nie tylko w naszym powiecie, ale i we wsiach najbliższej okolicy miasta zbuntowali się chłopi i drobiazg wiejski (kleine Leute). Ta partyzantka na wzór kozacki zwraca się z niezwykłą zaciętością przeciwko właścicielom ziemskim i w żaden sposób nie można zmusić chłopów do powrotu na wieś. Starają się oni wymusić wszystkie swe żądania. Uzbrojeni są w kosy i widły i kryją się na skraju lasu, gdzie nieustannie podsycają ogień. Nawet wymierzają karę tym, którzy nie chcą słuchać ich rozkazów. Tylko kilku chłopów mieszka w domu i wychodzi na pracę do dworu. Reszta w ogóle nie powraca na wieś. Nocują w lesie, a przed oddziałami wojskowymi, stacjonowanymi w różnych wioskach mają tyle strachu, co jastrząb przed gołębiem. Odnośnie do poddanych tutejszej kamery z Sobieszowic, którzy obecnie muszą pracować tylko jeden do dwu dni w tygodniu, trzeba zauważyć, że nadszedł czas, aby im dać odpowiednią nauczkę. Zasłużyli oni na znacznie wyższą karę niż buntownicy z dominium, którzy pracują cztery, pięć, a nawet sześć dni w tygodniu” (Przegląd Zachodni, tom 8, 1952, s. 275).

Na błagalne prośby dziedziców przystąpiły do krwawej pacyfikacji kraju pułki pruskie z Pszczyny, Raciborza, Bytomia i Toszka. Od kul karabinowych żołnierzy ginęli nie tylko chłopi, ale też kobiety i dzieci. Prusacy zaczęli po swojemu operować wojskiem. Oddziały  wykonywały ekspedycje karne po wsiach, ale bez skutku. Dopiero w czerwcu nastał wszędzie jako-taki spokój. Powstanie na pruskim Śląsku zlikwidowano i nastąpił odwet panów. Jak wyglądał, ujawnia pismo poborcy podatkowego z Toszka do ministra Schlabrendorffa, z którego wynika, że „na własne oczy widział, jak pan przydeptał dwóm poddanym gardła, gdy wymierzał im 150 batów >>na gołą koszulę<<”.

O rozmiarach powstania z lat 1765-1766 świadczy fakt, że aresztowanych przywódców chłopskich było tak wielu, iż minister Schlabrendorff „zabiegał u władz sądowych o ich zwolnienie, aby zbyt wielkiej ilości chłopów nie odciągać od ich gospodarstw a tym samym nie odbierać feudałom potrzebnej siły roboczej”.

Powstanie na Śląsku austriackim.

Tymczasem rozruchy chłopskie z powiatu raciborskiego przeniosły się na Śląsk austriacki, do stanowego państwa frysztackiego, które od 1748 r. należało do milorda M. Taafe. Na czele tego ruchu stanął gospodarz posiadający konia pod wierzch, po śląsku siedlok/siodłak ze Starego Miasta pod Karwiną, Ondra Fołta (ok. 1725-1788), który wcześniej miał zatargi z zarządcą frysztackiego państwa stanowego, Schwartzem. O. Fołtyn trzykrotnie był wcześniej ze swoimi skargami w Wiedniu – bezskutecznie.

W 1766 r. Chłopi z Darkowa, Kąkolnej, Piersnej, Piotrowic, Starego Miasta i Zawady odmówili odrabiania pańszczyzny. Spisanie wspólnych skarg do władz i wysłanie z nimi delegacji na dwór cesarski zaproponował Maciej Kolář z Dětmarowic. Na delegatów wybrano M. Kolářa i O. Fołtę. Jednak informacje o przygotowaniach delegacji szybko dotarły do burgrabiego Schwartza, który miał wśród chłopów swoich donosicieli. M. Kolář i sześciu innych przywódców chłopskich zostało zatrzymanych i uwięzionych w Cieszynie. O. Fołtę uratował huzar Széhenyego, który u niego mieszkał i udało mu się spiesznie wyruszyć w drogę. Dotarł do Wiednia 22 lutego i przekazał „memoriał” frysztackich chłopów do Johanna Karla hrabiego Chotka von Chotkow und Wognin, cesarskiego kanclerza Czech. Ten jednak kazał O. Fołtyna zatrzymać i pod eskortą odesłać do Cieszyna na przesłuchanie. Kiedy doprowadzono do jego konfrontacji z dwoma siedlokami ze Starego Miasta, wyszło na jaw, że w nocy z 2 na 3 kwietnia ma dojść do buntu całej wspólnoty wiejskiej.

Skoro lutunki/skargi nie przyniosły rezultatu, wybuchły pod jego wodzą w majątku frysztackim największe zaburzenia chłopskie w tej części Śląska. Wydarzenia zaczęły się toczyć szybko: Fołta założył w Olszynach „wolną osadę” dla frysztackich siedloków, a ze Śląska cieszyńskiego trafiły do Wiednia 73 skargi. Wywołało to rozruchy w sąsiednich „państwach stanowych”. Wprawdzie Fołta został aresztowany wraz z innymi przywódcami rebelii na pół roku, jednak żony aresztowanych dotarły do cesarzowej, dzięki czemu Fołta został uwolniony, co znacząco podniosło jego autorytet na Śląsku Cieszyńskim. Wkrótce stanął na czele nowej delegacji wysłanej przez chłopów do Wiednia. W listopadzie 1766 r. wraz z Maciejem Michalcem  z Petrovic znów był we Wiedniu.

Ożywiło to legalną aktywność chłopów ze Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego: w latach 1767-1768 ze 137 gmin wysłano do cesarzowej Marii Teresy ponad 1600 skarg i próśb, zwanych na tym terenie lutunkami, od gwarowego określenia lutować, czyli skarżyć się. Chłopi przedstawiali w nich krzywdy, jakich doświadczali od panów, prosili cesarzowa o pomoc i zwracali się o jej opiekę. W rezultacie tych wydarzeń w latach 1767 i 1771 w austriackiej części Śląska powołano specjalne komisje, tzw. urbarialne, które miały ustalić i spisać w urbarzach dokładne wysokości chłopskich świadczeń w stosunku do panów feudalnych oraz wydano patent robotniczy (1771). Również właściciele państwa frysztackiego musieli pójść na ustępstwa i zrezygnowali z usług zarządy Schwartza. W następnych latach cesarzowa Maria Teresa i jej następca, cesarz Józef II ogłosili kilka zarządzeń ograniczających wyzysk chłopów, a w 1781 r. – ograniczenie osobistego poddaństwa chłopów.

Ocena wielkiego powstania chłopów śląskich.

Powstanie lat 1765-1766 trwało ponad sześć miesięcy. Objęło obszar od starostwa bytomskiego, przez powiat gliwicko-toszecki, stanowe państwo pszczyńskie, rybnickie, raciborskie, nyskie, a na Śląsku opawskim – frysztackie. Terytorialnie i czasowo było zatem powstaniem większym, a prawdopodobnie – proporcjonalnie do sytuacji załamania demograficznego na Śląsku – porównywalnym liczebnie do II i III Powstania Śląskiego. Wybuchło podobnie jak w przypadku trzech Powstań Śląskich XX w. w rezultacie nałożenia się na skutki wielkiej wojny europejskiej konfliktu społecznego. Na ów konflikt społeczny między szlachtą a chłopstwem nakładał się, słabo jeszcze uświadamiany, konflikt narodowy, wynikający z narastającego kolonialnego wyzysku ludu śląskiego przez nową władzę i szlachtę pruską. Podobnie jak po I Wojnie Światowej mobilizację powstańczą chłopów śląskich ułatwił ich wcześniejszy udział w wojnie, jako żołnierzy piechoty w armiach Prus i Austrii i wyniesione stąd doświadczenie bojowe.

Znaczącą różnicę w stosunku do trzech Powstań Śląskich XX w. stanowił wynik wojen śląskich: Prusy wyszły z nich zwycięsko i w sojuszu z Rosją, a Rzeczpospolita chyliła się ku upadkowi, targana konfliktami wewnętrznymi i presją mocarstw ościennych: Rosji (ochrona liberum veto i dysydentów) oraz Prus (sprzeciw wobec cła generalnego). Szlachta polska i polskojęzyczna na Śląsku nie wsparła powstania chłopskiego ze względów klasowych. Odgórna rewolucja Fryderyka II wzmacniała państwo pruskie, w odróżnieniu od rewolucji listopadowej 1918 r. w Niemczech.

W rezultacie owo pierwotne, ludowe powstanie śląskie zakończyło się pacyfikacją i jedynie na Śląsku austriackim przyniosło w kolejnych latach ograniczone reformy, zmniejszające w ramach systemu feudalnego wyzysk chłopów.

Mimo to, jego siła i zasięg były tak znaczne, że ten pierwszy wielki zryw ludowy na Śląsku powinien znaleźć swoje miejsce w polskiej historiografii i świadomości historycznej.

Roman Stanisław Adler

Ostatnie wpisy autora