Jan Martini, Poszło nie tak, czy zgodnie z planem?

Data

Polecamy

Jerzy Targalski, Sylogizm i prymitywizm. O działaniu à la Korwin-Mikke

Prymitywny sylogizm stał się w czasach ignorancji i skretynienia podstawowym sposobem rozumowania, zwłaszcza ludzi młodych.

Między wrony

Mamy szansę wybić się na prawdziwą niezależność od Niemiec i Rosji.

Argument

I pomyśleć, że ktoś potrafi jeszcze przewyższyć intelektem nawet samą posłankę Jachirę!
Gdy nasi "mężowie stanu" konsekwentnie rozbrajali państwo, likwidowali jednostki, sprzedawali poligony, Putin założył 70 nowych uczelni wojskowych i szkół kadetów.

Gdy po trzech dniach, tygodniu czy dwóch tygodniach trwania rosyjskiej „specjalnej operacji” okazało się, że Ukraińcy wciąż się bronią, wielu zaczęło zastanawiać się, czy agresorom coś „nie wyszło”. Prezydent Biden oznajmił, że rozpoczynając inwazję „Putin badly miscalculeted” fatalnie się przeliczył.

Strona rosyjska niezmiennie zapewnia, że wszystko toczy się zgodnie z harmonogramem, a założone cele zostały osiągnięte, co jest prawdopodobne, bo kremlowscy awanturnicy z pewnością mieli plan B i C na wypadek nieprzewidzianych komplikacji.

Putin ani nie jest idiotą, ani nie zwariował i potencjalnie powinien być najlepiej poinformowanym człowiekiem na ziemi. To dla jego postrzegania świata pracują wyspecjalizowane struktury zbierające i przetwarzające informacje.

Podobnie jak w rakietach kosmicznych, gdzie dubluje się najistotniejsze urządzenia, także w Rosji obowiązuje leninowska zasada dublowania szczególnie ważnych systemów aparatu władzy.

W systemie sowieckim „razwiedka” i „siłownicy” zorganizowani w dwie niezależne od siebie służby byli zawsze rdzeniem państwa, ostoją władzy i dlatego tajne służby były tak monstrualnie rozbudowane (za „dyrekcji” Andropowa KGB liczyła 1.600 tys. „pracowników”!).
Czy zebrane i przetworzone informacje z FSB i GRU, na podstawie których Putin podjął decyzję o rozpoczęciu światowej konfrontacji, mogły zawierać błędy?
Choć reakcja świata na inwazję wydaje się naprawdę stanowcza, prawdopodobnie mieściła się w ich przewidywaniach.

Z pewnością liczono się z powszechnym oburzeniem, stanowczym potępieniem zbrodniczych działań i nałożeniem dotkliwych sankcji. Do sankcji moskiewscy czekiści są zresztą już przyzwyczajeni – czestokroć dobrze one służą gospodarce. Dzięki sankcjom Rosja rozwinęła rolnicwo i uzyskała samowystarczalność żywnościową.
Putin jednego mógł być pewien – Zachód w obronie Ukrainy nie zdecyduje się na wojnę, ani nawet na umiarkowane obniżenie poziomu życia.

Decydując się na krok grożący podpaleniem świata, Putin brał pod uwagę wiele czynników: słabość przywództwa, blamaż w Afganistanie i problemy wewnętrzne w USA, faktyczne rozbrojenie Europy, nastroje pacyfistyczne tamtejszych społeczeństw i wielkie uzależnienie od rosyjskich surowców.

Bardzo istotna była też obecność licznych „przyjaciół Rosji” wśród zachodnich elit gospodarczych, politycznych i opiniotwórczych, a wśród nich rzesza rosyjskich „stypendystów”, którzy zawdzięczają stanowiska działaniom rosyjskich służb.

Oczywiście, wszystkie te czynniki nie pojawiły się spontanicznie, lecz były wynikiem mrówczej pracy sowieckiej agentury przez dziesięciolecia.

Bo najpotężniejszą bronia Putina nie są rakiety, lecz agentura.
Sergiej Tretiakow – ostatni „uciekinier” z KGB, który „wybrał wolność” w roku 2000 (już za Putina) powiedział:
„Związek Radziecki się rozpadł, komunizm już nie istnieje, ale agenci sowieccy działają. Jedyna różnica jest taka, że teraz działają znacznie intensywniej, niż w czasach zimnej wojny”.

Kilkanaście lat temu czytałem alarmistyczny artykuł w „Miami Herald” o rosyjskiej penetracji amerykańskiego życia gospodarczego. Zdaniem autora Rosjanie są obecni w kluczowych miejscach amerykańskiej gospodarki – zasiadają w radach nadzorczych, w bankach, na Wall Street, a praktycznie każdy biznesmen, dyplomata czy członek ruskiej mafii (której „kwatera główna” mieści się w Nowym Yorku) jest jednocześnie agentem rosyjskich służb. Najtragiczniejsza była konkluzja artykułu: Ze względu na system prawny wolnego świata nie ma możliwości przeciwdziałania…

Gdy nasi „mężowie stanu” konsekwentnie rozbrajali państwo, likwidowali jednostki, sprzedawali poligony, Putin założył 70 nowych uczelni wojskowych i szkół kadetów. Putin przygotowywał się do wojny 20 lat – zabezpieczył 800 mld $, przygotował kadry, sprzęt, a za pomocą swojej agentury we władzach Niemiec uzależnił energetycznie Europę.

Jednak planując agresję, prawdopodobnie oparł się na przestarzałych sondażach, jak ten przeprowadzony w 2011 roku przez Research & Branding Group, według którego aż 47% Ukraińców chciałaby pozostania w strukturach Związku Radzieckiego, 43% uważa, że upadek ZSRR był „największą geopolityczną katastrofą XX wieku”, a 54% wskazuje, że zmianą na lepsze byłby powrót ZSRR (tylko co trzecia osoba wskazała odwrotnie).

Od tego czasu nastroje zmieniły się radykalnie – może dzięki setkom tysięcy Ukraińców pracujących w Polsce, którzy nasz kraj postrzegają niemal jak raj?

Totalnym zaskoczeniem dla kremlowskich planistów okazał się prezydent Zelenski, który odrzucił Amerykanów ofertę ewakuacji (ew. kariery w Hollywood), wybierając ryzykowną rolę męża stanu i potencjalnego męczennika.

Oficjalną przyczyną agresji był zarzut rzekomego prześladowania Rosjan („ludobójstwa”) na Ukrainie. Nie jest łatwo ustalić, ilu jest Rosjan w tym kraju, bo trudno rozróżnić Ukraińca rosyjskojęzycznego od Rosjanina.

Pewną wskazówką mogą być wierni Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego, który ma 15 % wyznawców. Można ich uznać za „pełnokrwistych” Rosjan, ale nawet oni nie wydają się chętni, by stać się częścią „russkogo mira”.

Główna partia opozycyjna Ukrainy – prorosyjska do niedawna Partia Regionów byłego prezydenta Janukowicza – obecnie jednoznacznie potępia agresję.
Czyżby Putin stał się twórcą nowoczesnego narodu ukraińskiego?

Powszechnie wiadomo, że łatwiej jest wojnę zacząć, niż ją zakończyć. Putin nie ma takich możliwości, jak jego idol Stalin: nie może rozstrzelać paru generałów, czy wysłać tysięcy ludzi do łagrów.

Równocześnie nie może tej wojny przegrać, bo musiałby się udać do Hagi z prośbą o osądzenie. Może tylko udawać wariata – straszyć Zachód czerwonym przyciskiem i dewastować artylerią ukraińskie miasta.
Po pewnym czasie onieśmielona obecnie sowiecka agentura w mediach zacznie wzywać, by skończyć „bezsensowną rzeź niewinnych ludzi” i pojawią się wezwania do kapitulacji Ukrainy.

W 1939 roku działania wojenne nawet po formalnym wypowiedzeniu wojny przez Francję i Anglię długo uważane były za lokalny konflikt – mało kto sądził, że właśnie rozpoczęła się wojna światowa.

Miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej i liczmy na pomysłowość kolegów Putina, którzy wiedzą, że niełatwo jest „zneutralizować” podejrzliwego czekistę – karatekę, lecz może znajdą jakieś rozwiązanie…

Jan Martini

Ostatnie wpisy autora