Gdziekolwiek jesteśmy: w towarzystwie, w sklepie, w urzędzie, poczekalni, na spotkaniu rodzinnym, często poruszany jest temat „jak źle jest w polskiej służbie zdrowia”. Temat ochrony zdrowia wykorzystywany jest przez wszystkie bez wyjątku partie polityczne w walce o stołki. Czy w Polskiej ochronie zdrowia jest aż tak źle?
Statystyka
Po pierwsze spójrzmy na statystyki. Ważnym wskaźnikiem jest śmiertelność okołoporodowa kobiet, która w Unii Europejskiej wynosi 5-6 zgonów na 100 000 żywych urodzeń. Polska, obok Norwegii, Szwecji i Finlandii, ma najniższe wskaźniki – poniżej 3/100 000 urodzeń. Najgorszy wskaźnik w UE na Słowacja – w przedziale 7-11 /100 000 żywych urodzeń
Wskaźniki śmiertelności niemowląt w Polsce (2024) wynoszą około 2/1000, co plasowało Polskę w pierwszej dziesiątce Unii Europejskiej, wyprzedzając takie m.in. kraje, jak: Niemcy, Szwecja, Anglia, Francja. Zawdzięczamy to dobrze zbudowanemu systemowi oddziałów ginekologiczno-położniczych. Fakt, że jesteśmy powyżej średniej, nie upoważnia żadnego rządu do niszczenia tego systemu w imię równania do średniej i rzekomych oszczędności.
Według danych Eurostatu 2024 szacowana długość życia w Polsce mieści się tylko nieco poniżej średniej w Unii Europejskiej i wynosiła w 2024 roku ok. 78,7 lat, przy średniej 81,7. Nie wynika to ze „złej” służby zdrowia, lecz z innych czynników, głównie braku samodzielnej gimnastyki większości Polaków, spożywania alkoholu, palenia tytoniu, otyłości i nadmiaru przyjmowanych, często niepotrzebnych, leków i suplementów.
Liczba lekarzy
Od 2018 roku odwróciła się tendencja spadkowa lekarzy i obecnie ilość lekarzy na 1 000 mieszkańców jest zbliżona do średniej europejskiej. Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej (styczeń 2026) w Polsce mamy 174 372 lekarzy, co przy 37 milionach mieszkańców dawałoby wynik 4,7 lekarza na 1000 mieszkańców, co plasowałoby Polskę wyraźnie powyżej średniej europejskiej. Istnieją jednak rozbieżne statystyki (GUS, 2025), które podają niższą liczbę praktykujących lekarzy na poziomie 141,2 tys., co dawałoby średnią 3,8 lekarza na 1000 mieszkańców. Według pani minister zdrowia Izabeli Leszczyny ten wskaźnik miał w 2024 roku wynosić 4,2. Średnia unijna to ok. 4 lekarzy na 1000 mieszkańców, więc nie mamy się czego wstydzić.
Problemem w Polsce jest jednak nieprawidłowe wykorzystanie lekarzy, co wynika z wadliwego systemu.
Ilość wizyt na lekarza
Tu tkwi główny problem. Przy porównywalnej z innymi krajami europejskimi ilości lekarzy, polscy lekarze przeciętnie przyjmują o połowę więcej pacjentów niż średnia unijna. Średnia ta wynosi w UE ok. 2000 pacjentów rocznie, w Polsce – 3000. Przy tej liczbie przyjmowanych pacjentów lekarz nie może pracować w sposób bezpieczny dla pacjenta ale i dla siebie.
Czy ilość wizyt przekłada się na zdrowie społeczne?
Przeciętny pacjent w Szwecji odwiedza lekarza 3 razy rzadziej niż dzieje się to w Polsce. I, o ironio, długość życia w Szwecji jest najdłuższa w Unii Europejskiej i wynosi aż 84 lata. Czyżby aktualne było powiedzenie, że „odwiedzić pięciu doktorów na raz grozi śmiercią”, mające już ponad 2000 lat i przypisywane kilku autorom (m.in. Menanderowi, Aleksandrowi Wielkiemu i Fryderykowi Wielkiemu)? Od dawna w Stanach Zjednoczonych wykazano, że działania niepożądane leków stanowią aż około 10% hospitalizacji (od 5 do 15%). Łatwo wyliczyć, jaki to koszt.
Ochrona zdrowia a polityka
Zdrowie i życie obywateli jest najwyższym dobrem. Tego się wymaga od rządu. Takie obietnice składają kandydaci na różne stołki. Zdrowie stało się też kartą przetargową w bezwzględnej walce politycznej o władzę, walce tej wewnętrznej, jak i tej sterowanej spoza kraju. Dawane są obietnice bez pokrycia w możliwościach budżetu państwa, innym razem rzucane są fałszywe oskarżenia lub demagogiczne hasła, które mogą nawet doprowadzić do przewrotu w kraju.
Lobby medyczne naciska na polityków. Przedstawiane im są statystyki, jak to rzekomo jest źle w polskiej służbie zdrowia. W krajach europejskich wcale nie jest różowo, lecz tam wszystko zamiatane jest pod dywan i „jest dobrze”. Gdyby porównać statystyki, w większości bylibyśmy około średniej w Unii Europejskiej, albo nieco powyżej. Oceniając ochronę zdrowia w o wiele bogatszych od Polski krajach, nie należy sugerować się wypowiedziami polityków lub wielkich menadżerów. Należy rozmawiać ze zwykłymi obywatelami i wtedy okazuje się, że wielu tam narzeka podobnie jak Polacy w Polsce.
Polscy politycy naciskają na służbę zdrowia, aby robiła statystyki – biła rekordy świata. Na rekordy trzeba pieniędzy. Czy jednak rekordy są potrzebne komuś poza politykami? Ilość nie przekłada się na jakość. Jeśli pacjent w Polsce nie dopłaca do wizyt lekarskich, nie dopłaca do pobytu w szpitalu, do leków (+18 i 65+), ani do badań diagnostycznych, to koszty idą w kosmos. Jeśli mają być bite rekordy świata, trzeba zatrudniać więcej lekarzy i pielęgniarek. Ilość wizyt w POZ przekracza trzykrotnie tę np. w Szwecji, ale przekracza też w porównaniach z innymi, o wiele bogatszymi od Polski krajami. Również ilość wizyt specjalistycznych plasuje nas w czołówce europejskiej. Czy pacjenci polscy są przez to zdrowsi lub szczęśliwsi? Wręcz przeciwnie. Ochrona zdrowia jest ściśle powiązana z polityką. Tych powiązań jest wiele i te legalne i te być może wciąż nielegalne. Od najlepszego lekarza specjalisty zawsze był o wiele więcej wart taki pracownik, który mając układy z politykami potrafił załatwić przymknięcie oka jednostki samorządu terytorialnego na narastające zadłużenie, załatwić dosypanie środków do danej jednostki, załatwić pieniądze z funduszy unijnych. Polityczny rozdział środków zdaje się preferować „swoich”. Takie szpitale i przychodnie działają najlepiej, lecz tajemnicą poliszynela jest, że dostały zastrzyk pieniędzy z jakiegoś funduszu, co de facto naruszyło w oczywisty sposób zasady uczciwej konkurencji w ochronie zdrowia.
Ochrona zdrowia a lobby interesów.
Budżet Ochrony Zdrowia w Polsce to ok. 250 mld zł i jest wyższy niż budżet na obronność (ok. 200 mld). Są to kwoty łakome dla wszelkich lobbystów, w tym chcących sprzedać w Polsce leki, aparaturę medyczną i uzbrojenie. Nasz rząd się chwali „ile na to wydał”, a gospodarny rząd by się chwalił„ „ile zaoszczędził”. Czy wydawał gospodarnie? Decydenci w jakiś nie zawsze zrozumiały sposób rozdysponowują tyle, ile mogą, a nawet znacznie więcej. Gdy zmienia się rząd, to zamówienia na duże pieniądze płyną do innych firm i do innych krajów. Czyżby zewnętrzni lobbyści faktycznie wpływali na wyniki wyborów w Polsce? Można odnieść wrażenie, że wydatkowanie części środków odbywa się na zasadzie: dostaliśmy kasę z budżetu lub z kredytów (np. KPO, SAFE), więc na co by tu można wydać te pieniądze i trzeba się spieszyć, aby wszystko wydać, zanim straci się władzę.
Od czasu wprowadzenia dopłat unijnych nie ma gospodarki zrównoważonej, planowej i długofalowej. Wnioski o dopłaty robione są chybcikiem, by coś wyrwać, a rozdział środków często narusza normalną gospodarkę konkurencyjną.
Lobbyści, głównie Big Farma, zrobią wszystko, aby ilość przepisywanych leków była jak najwyższa, a inni lobbyści – lekarze, właściciele klinik walczą o to, aby ilość konsultacji specjalistycznych była maksymalna. Trzeba w tym celu motywować oglądaczy mediów, czyli potencjalnych pacjentów, a drugiej strony rzesze lekarzy, którzy zlecą te leki, badania, procedury.
Im więcej wizyt, tym więcej zużywanego sprzętu, materiałów i leków. Jeśli produkty mają czasem polskie logo, to i tak prawie wszystkie pochodzą z importu. Z Polski wypływają dziesiątki miliardów rocznie, a raczej – potęgują już astronomiczny nasz dług.
Lobby zagranicznych przemysłów i dostawców działa w Polsce tak, aby w paranoicznym systemie komunistycznej ochrony zdrowia (wszystko wszystkim należy się za darmo) rozbudzać w społeczeństwie apetyt na najróżniejsze usługi medyczne, a przez to popyt na leki, sprzęt, materiały.
Trochę historii
Od 1998 roku system ochrony zdrowia był wielokrotnie zmieniany. Często pośpiesznie, decyzje kolidowały z wcześniejszymi projektami. Każda reforma pociąga za sobą wielkie koszty, a pośpiech je potęguje i prowadzi do błędów. Obecnie mamy w Polsce bardzo kosztowny system opieki zdrowotnej z powszechnym niezadowoleniem usługobiorców, czyli pacjentów, przy wykonywaniu w wielu dziedzinach rekordów europejskich. Pracownicy ministerstwa zdrowia i menadżerowie NFZ to często ludzie z nadania partyjnego, zmieniani wraz ze zmianami politycznymi. Gospodarka zdrowiem stała się niestabilnym zakładnikiem polityków. Wydatki na ochronę zdrowia już dawno znacznie przekraczają wpływy ze składek zdrowotnych społeczeństwa, a budżet państwa powoli kieruje się do katastrofy.
Przez pół wieku zarobki większości lekarzy były bardzo niskie. Średnią krajową lekarz kiedyś wyrabiał, biorąc ponad 10 dyżurów miesięcznie, czyli realnie wypracowywał ponad 2 etaty. Lekarz miał sobie kompensować niskie zarobki, wymuszając na pacjentach łapówki. Dzięki temu władza komunistyczna i przez jakiś czas postkomunistyczna miała haki na znaczną część lekarzy. Pielęgniarki w wielu szpitalach zarabiały najniższą krajową.
W okresie tzw. przemian Polakom tłumaczono, że mamy w kraju za dużo robotników, inżynierów, nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek itd. Kto miał siły, emigrował. Szpitale nie spinały swoich budżetów i szły w długi. Władza na to przyzwalała, o ile kierownictwo zakładu opieki zdrowotnej było władzy oddane. W ochronie zdrowia zawsze brakowało pieniędzy. Na wszystko. To była, jest i będzie studnia bez dna przy rządach populistycznych, z jakimi mamy do czynienia.
W czasie COVID-owego szaleństwa na skalę światową, część polskich lekarzy zaczęła bardzo dobrze zarabiać, wręcz nieprzyzwoicie, demoralizująco, podobnie ratownicy medyczni i część pielęgniarek.
Po wymuszonych z wielkim bólem podwyżkach, pielęgniarki w Polsce wreszcie nieco przekraczają średnią krajową, a lekarze wielokrotność średniej krajowej. A apetyt rośnie w miarę jedzenia, doprowadzając do sytuacji skrajnych nierówności wynagrodzeń, gdzie jeden lekarz może zarabiać tyle, co inny przez 10 lat, choć ostatnio dochodzą sygnały, że nierówności – dysproporcje potrafią być jeszcze większe.
Największe deregulacje w ochronie zdrowia wystąpiły w czasie pandemii i zaraz po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę z napływem 4 milionów uciekinierów do Polski. Z pewnością część z tych poluzowań w dyscyplinie służby zdrowia była nadmiernie liberalna, lecz wtedy cały świat zwariował i nie było mądrych, jakie rozwiązania są optymalne. Ktoś to nazwał treningiem przed trzecią wojną światową.
Po wyborach w 2023 roku powstać miał silny Sejm i silny rząd, które powinny były od razu przystąpić do uszczelniania niepotrzebnych już deregulacji, z jakimi zmagali się poprzednicy. Z punktu widzenia obserwatora można odnieść wrażenie, że nowe władze, oprócz kilku decyzji populistycznych i ścigania Zorro, nie uczyniły żadnego postępu.
Ochrona zdrowia publiczna i ta niepubliczna, która ma szereg umów i czerpie ze środków publicznych, dysponuje ogromnym budżetem. W złym systemie najwięcej trwonić można na najwyższych szczeblach. Gdy jednak przypomnieć sobie poprzednie rządy (np. Kopacz), kontrolami ścigani byli lekarze najniższego szczebla. Tworzyło się wtedy w społeczeństwie wrażenie, a właściwie nowe przysłowie, że „ryba psuje się od ogona”.
Jak reformować?
Niedopuszczalne są szybkie i pochopne decyzje – te zawsze kosztują najwięcej. Nie należy kopiować systemów z innych krajów, gdyż też są pełne wad i też ocierają się o pokusy korupcji. Najważniejsze, aby nie tworzyli jej ludzie powiązani z lobby obcych interesów.
Należy przygotować plan reform składający się z dwóch połączonych części:
1. doraźnych oszczędności i normalizacji w ochronie zdrowia (maksymalnie do roku);
2. równolegle projekt prawdziwej, szerokiej reformy do wdrażania np. za 4 lata po pełnym sprawdzeniu i przygotowaniu.
Przy rozsądnej reformie szybko okaże się, że właściwie to mamy w Polsce całkowicie wystarczającą liczę lekarzy, lecz są oni niewłaściwie wykorzystywani.
Mogłaby nawet spaść składka zdrowotna dla społeczeństwa. Część pacjentów odniosłaby korzyści zdrowotne. Tylko, czy pozwolą na to lobbyści? Czy kogoś, kto chciałby wprowadzić w Polskiej ochronie zdrowia oszczędności i trochę lepszy porządek nie odwiedziłby seryjny samobójca?
Jacek Musiał, Karol Musiał



