W kręgu zawołania bojowego liberałów: czemu nie?! Część IV

Data

Polecamy

Divini Redemptoris po latach

Marksizm jest najbardziej skodyfikowanym zapisem wizji budowy raju na Ziemi nie na podstawie naturalnych praw, a zasad wymyślonych przez kilku nawiedzonych autorów. Praktyka pokazała, że w drodze do wymyślonego raju stworzono bardzo realne piekło dla setek milionów ludzi.

Ósmy ogląd mądrości według Stanisława ze Skarbimierza – od strony powinności i poszanowania dobra wspólnego

Poniżej prezentujemy ósmy ogląd mądrości - o dobru wspólnym - Stanisława ze Skarbimierza, uczonego i doradcy królewskiego z XIV/XV wieku. Twórcy polskiej szkoły dyplomacji, prekursora prawa międzynarodowego oraz zasady tolerancji.

Instytucja rodziny i jej wrogowie. II RP, PRL, III RP (3)

Służby ZSRR od początku istnienia infiltrowały organizacje nauczycieli, pisarzy i publicystów. To mobilizacja narodu polskiego w obronie tradycyjnych wartości była przyczyną ich klęski w 1920. Postanowiły je podmienić na swoje.
ikt chyba nie sądzi, że postępowi bezbożni liberałowie chcą oczyszczenia Kościoła po to, by ten stał się bardziej święty. Oni wykorzystają każde haniebne działanie ludzi Kościoła do tego, by go zniszczyć.

Cz.IV

Kontynuuję wątek analiz, które zmierzają do uwyraźnienia, że poza przemocą fizyczną istnieje przemoc polityczna, ekonomiczna i propagandowa. Ta ostatnia wymaga dbałości o to, aby w społeczeństwie stale poszerzał się krąg nieodpornych na kłamliwe i bałamutne treści, zwanych także przez lewackie siły postępu – klientami. Można ich też nazywać kręgiem ludzi „żyjących na luzie”, pogardzających przeszłością w imię nowych tradycji i konwencji. Czemu nie? – powiadają współcześni liberałowie – zobaczmy, co z tego wyniknie. Do bardziej wyrafinowanych form przemocy należy zaliczyć doprowadzenie do skutecznego oswojenia wielu ludzi z absurdami. Mam poczucie, że zbyt mała jest świadomość, iż u większości ludzi obumarła zdolność odróżniania prawdy od kłamstwa. I niewielu jest z tego powodu nieszczęśliwych.

Uderza trafność spostrzeżenia, że „łatwiej oszukać ludzi, niż przekonać ich, że zostali oszukani”. Co się stało? Myślę, że „zawdzięczamy” to niewyobrażalnie olbrzymiemu zalewowi informacji. Sprzyja to osłabieniu odporności na kłamstwo i zwykłą głupotę. Ułatwia tym samym uprzedmiotowianie człowieka, co skutkuje jego „odczłowieczaniem” w tradycyjnym sensie. Propagandowe bombardowanie świadomości informacjami powoduje, że człowiek traci zdolność ustalania prawdy i łączenia wolności z odpowiedzialnością (vide Owsiakowe „róbta co chceta” i jego rzekoma apolityczność). Bywa, że atak informacyjny na świadomość zmąca ją do tego stopnia, że trudno oddzielić świadome kłamstwo od wewnętrznego samozakłamania, które staje się drugą naturą zmanipulowanego człowieka. A z takim człowiekiem można zrobić wszystko. Większość, sprytnie sterowana przez propagandystów i graczy, zawsze wybierze Barabasza.

Przykłady? Proszę bardzo: wciąż mam przed oczyma moją studentkę, która z wielką przykrością, wręcz bólem, słuchała moich krytycznych uwag pod adresem Owsiaka i jego WOŚP. Wtrącałem je czasem w różnych kontekstach moich wykładów. Wskazywałem, ilustrując to konkretnymi przykładami, że władza, zazwyczaj lewoskrętna, Owsiakowi i jego akolitom wyznaczyła zadanie, aby wyrwać z chrześcijaństwa serce i uzdatnić je do włączenia w jakąś ogólnoświatową „świecką religię”. Starałem się uwyraźniać zdziwionym zazwyczaj studentom, że Jerzy Owsiak jest sprytnym projektem politycznym, przedsięwzięciem zmierzającym do przeprowadzenia tzw. zmiany społecznej, czyli postawienia świata tradycyjnych wartości na głowie. Rzekomo bez tej rewolucyjnej zmiany nie sposób wydobyć człowieka z jego dotychczasowego uciemiężenia, co lewicowi liberałowie poczytują sobie za świętą misję. Nie muszę dodawać, że swoimi spostrzeżeniami zburzyłem spokój ducha mojej studentki zakochanej po uszy w dobroci Jurka Owsiaka. bo ongiś miała chore dziecko, które szpital uratował dzięki jego akcji charytatywnej. Ale mnie też lubiła jako wykładowcę…

Gdzie jest więc pies pogrzebany? Otóż propagandowo zmanipulowana studentka (podobnie jak znaczący odsetek ludzi) nie dostrzegła osobliwej schizofrenii wodzireja WOŚP, polegającej na tym, że Jerzy Owsiak w środku zimy jawi się jako organizator gigantycznej akcji dobroczynnej, która ratuje zdrowie i życie chorych, i wielu rodziców jest wtedy dumnych, że ich dzieci jako wolontariusze uczestniczą w publicznej zbiórce pieniędzy, latem natomiast staje na czele ogromnej imprezy młodzieżowej (Przystanek Woodstock, znany z pijaństwa i tzw. błotnych kąpieli) i często wówczas ci sami rodzice boją się puszczać swoje dzieci na ten festiwal. Jest więc szkopuł. Myślę, że niezbędna jest większa świadomość w kręgach wielbicieli Owsiaka, bo jest poza dyskusją, że w działalności WOŚP mamy do czynienia z bałamutnym wymieszaniem dobra (działalność charytatywna) ze złem (zgorszeniem), propagowaniem relatywizmu oraz działaniami zmierzającymi do rozmiękczania zasad moralnych i banalizacji zła. Działalność charytatywna Owsiaka jednoczy Polaków, natomiast „róbta co chceta” ich dzieli i skłóca.

Orkiestra Owsiaka gra razem ze Strajkiem Kobiet…

W tym roku w przededniu finału WOŚP Jerzy Owsiak na specjalnie zwołanej konferencji otwarcie poparł proaborcyjny Strajk Kobiet. Propagandowo nagłośnione przedsięwzięcie ratujące życie chorych dzieci powiązał bezpośrednio z lewackim ruchem społecznym, który od miesięcy dąży do tego, aby chore dzieci nigdy się nie urodziły. Czyż można sobie wyobrazić większy absurd niż równoczesne zbieranie pieniędzy na leczenie dzieci i wspieranie ich zabijania, gdy są nienarodzone? („Sieci”, luty 2021).

Współczesna medycyna, mimo fenomenalnych odkryć i nadzwyczajnych możliwości, patrzy na pacjenta jak na zbiór organów i tworzących je komórek, a nie cierpiącą istotę. Myślę, że chcąc poznać genezę tego zjawiska, trzeba się cofnąć do XIX wieku, bo to wówczas w medycynie pojawiła się mechanistyczna koncepcja pojmowania człowieka. Zakłada ona, że ludzki organizm działa niczym maszyna, zatem należy leczyć szwankujące części, co ma swoje plusy, bo łatwiej stawiać diagnozę i proponować leczenie. Koncepcja mechanistyczna jest też niezwykle wygodna z punktu widzenia ekonomiki leczenia, bo opiera się na pomiarach i wynikach, a te można łatwo ocenić. Całościowe leczenie opornie poddaje się matematyce. Poza tym wąska specjalizacja w pewnym stopniu sprytnie zwalnia lekarza z odpowiedzialności za życie pacjenta; w końcu jest fachowcem od jednego procesu komórkowego. I to jest stanowisko naukowe.

Ponadto we współczesnej medycynie zysk staje się kwestią kluczową. Krystyna de Walden-Gałuszko – konsultant krajowy medycyny paliatywnej, prezes Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego – słusznie zauważa, że „ludzie zawsze bali się śmierci. W przeszłości umieli jednak wykorzystać pewne wzorce kulturowe i religijne, aby proces umierania i samo zjawisko śmierci uczynić naturalnym, godnym i prawdziwie ludzkim”. Czym zastąpić te kulturowe i religijne wzorce? Kolejnymi psychologicznymi specjalizacjami? Kiedyś kapłan, nauczyciel, mędrzec wzywał do męstwa w imię powszechnie wyznawanych wartości i ideałów. Wszyscy mogli odwołać się do realnej wspólnoty, w której żyli, do zobowiązań i poczucia odpowiedzialności. Jakie nastąpiły tu przeobrażenia i co ludziom umierającym przyniosły? Otóż rola społeczna psychologa skoncentrowała się na zakwestionowaniu i obaleniu stresujących człowieka wysokich standardów i ideałów oraz represyjnych norm, w imię życia ułatwionego, bezstresowego i wygodnego. Takie życie wykreowane zostało na gruncie dzisiejszej ideologii jako ideał współczesności.

Jak ten sam psycholog może odwołać się do ideałów męstwa, heroizmu, wiary itp., aby pogodzić swojego podopiecznego z trudem, dramatem ludzkiej egzystencji i kondycji? „Trudno dać pociechę ludziom, gdy brakuje wiary w życie przyszłe” („Gość Niedzielny” 3.12. 2006), zwłaszcza że życie doczesne coraz częściej upływa w świecie odwróconym, gdzie oszuści uchodzą za obrońców prawdy, a dranie ustalają normy moralne… Co może umierającemu powiedzieć psycholog wobec fundamentalnej tajemnicy śmierci? „Godność człowieka umierającego – podkreślał Jan Paweł II – ma swoje źródło w tym, że jest on istotą stworzoną, oraz w jego osobistym powołaniu do życia wiecznego”. Kiedyś w większości kultur istnieli pomocnicy pomagający przejść to ostateczne doświadczenie, zazwyczaj kapłani, a ich działania były wpisane w ład i porządek, który konstytuował świat wspólny dla kapłana i umierającego. Czy tę rolę mogą przejąć upiornie „humanistyczni” psychologowie? Oczywiście nie, bo jest to psychologia w znacznej mierze zideologizowana i wyzuta z autentycznie ludzkiego wymiaru.

Kontakt z cierpiącym człowiekiem ma niezwykły wpływ na lekarza, bo ten, starając się dotrzeć do umierającej osoby, zrozumieć ją, doskonali sam siebie i uwzniośla swoje człowieczeństwo. Ale pacjent musi mieć pewność, iż lekarz jest wobec niego szczery, nie oszukuje go. „Śmierć tym większym bywa strachem – pisał w swoim dzienniku w 1910 roku filozof Henryk Elzenberg – im życie jest uboższe i bardziej wegetatywne; a im bardziej duchowe, kulturalne, bogate w siły i w pełni rozwinięte, tym lęk przed śmiercią jest mniejszy. A nie przeciwnie, jakby można pomyśleć. To, co się w nas boi śmierci, to organizm, roślina; w chwilach zaś, gdy życie jest najcenniejsze, myśli się o śmierci z taką pogodą, że niemal jako o koronie życia. Stąd wniosek: im piękniejsze twe życie, tym mniej go będziesz żałował. Ślepe przywiązanie do życia to przejaw nędzy życiowej. A najpiękniejszą czarę z największą satysfakcją się w końcu rozbija”. Znamienne, że przywołane intuicje filozofa bliskie są spostrzeżeniom ludzi, którzy na co dzień obcują z pacjentami u kresu życia. „Natężenie lęku przed śmiercią jest, w mojej ocenie – mówi dr Wiktor Chmielarczyk z Centrum Onkologii w Warszawie – miarą dojrzałości życia: ludzie spełnieni, którzy mają oparcie w bliskich, wierzą w Boga, umierają szczęśliwsi (K. Hejke, Gdy komórka zasłania duszę, „Gazeta Polska”, 6.04.2005). Ostatnimi chwilami życia Jan Paweł II pokazał prawdę o człowieku i o świecie, wbrew propozycji kultury „instant” (pojmowanej jako życie w natychmiastowości) nachalnie lansującej młodość, rześkość i siłę. Pokazał własnym cierpieniem, że do realnego świata oraz prawdy o człowieku należy także starość, cierpienie i umieranie. W tych dniach – odnotował ks. Robert Skrzypczak – schorowani i udręczeni cierpieniem ludzie mówili: „Ten papież pomaga mi żyć i nie narzekać” („Rzeczpospolita”, 25.03.2005).

Godne umieranie?

Nie wszyscy jednak podzielają przywołane spostrzeżenie ks. Skrzypczaka. Przyjrzyjmy się „postępowemu” profesorowi Zbigniewowi. Szawarskiemu. Swego czasu zaproponował on stary pomysł na godne umieranie: „Czy eutanazja jest legalna, czy nie – i tak jest dokonywana. Czy więc nie lepiej nadać temu zjawisku ramy prawne”? Wygląda na to, że nieprawość, zdaniem pana profesora, należy zalegalizować i wtedy przestanie być nieprawością. Bardziej szczegółowo poglądy profesora etyki Z. Szawarskiego poznamy, rekonstruując jego stanowisko w głośnej sprawie pogrążonej w śpiączce Terri Schiavo. 30 marca 2005 roku w Ameryce trwały zażarte spory, czy pozwolić jej żyć. W wyniku starań męża Michaela, popartych przez sędziów z Florydy, Terri pozbawiono pożywienia. To był trzynasty dzień głodowej egzekucji; miała przed sobą jeszcze 24 godziny powolnego umierania. Tego dnia w polskiej TV, w „Kawie czy herbacie”, dyżurny etyk Szawarski poprawnie politycznie apelował: „Pozwólmy jej godnie umrzeć”. Zabrakło mu tylko brutalnej szczerości męża Terri, który w rozmowie z pielęgniarkami nie ględził o „prawie do godnej śmierci”, tylko warknął zniecierpliwiony: „Kiedy umrze ta suka”? „Ona nic już nie czuje – zapewniał dyżurny etyk Szawarski – ona jest jak przepalony komputer”. Skąd to wiedział? Bo tak oświadczyli lekarze wynajęci przez Michaela Schiavo? A czemu mamy nie wierzyć księdzu Tadeuszowi Malanowskiemu, który czuwał do ostatka przy chorej, obserwował, jak wodziła za nim oczami, widział w tych oczach radość, gdy się nad nią pochylał i prawił jej serdeczności. I słyszał z jej ust cichy jęk za każdym razem, gdy mówił: „Terri, powtarzaj za mną: Jezus, Jezus, Jezus”… Politycznie poprawny etyk prof. Szawarski ubolewał nad tymi Amerykanami, którzy próbowali ocalić Terri przed głodową egzekucją. Bo czymś niedopuszczalnym, mówił z powagą, jest wtrącanie się w cudze życie. – „Tylko ja mam prawo decydować o moim życiu, tylko ja i nikt więcej!”. Tą uwagą prof. Szawarski zapędził się w kozi róg, bo prowadząca program dziennikarka zauważyła, że „przecież Terri nie decydowała. To za nią zdecydowano”! Profesor Szawarski pocieszył też zaraz widzów „Kawy czy herbaty” swą głęboką wiarą, że Terri, gdyby tylko ocknęła się ze śpiączki, z pewnością sama prosiłaby o zadanie jej śmierci (A. Solak, Kiedy umrze ta suka…?, „Myśl Polska”, 17.04.2005).

Jakże boleśnie aktualny to problem w Europie, skoro niedawno umierał tak nasz rodak S.R., bo placówka w Plymouth otrzymała zgodę brytyjskiego sądu na odłączenie go od pokarmu oraz wody, choć polskie władze do ostatniej chwili robiły wszystko, aby naszemu rodakowi pomóc. W miejsce komentarza przywołajmy inny przypadek. Devon Rivers był w śpiączce przez dwa lata. Lekarze orzekli, że to permanentny stan wegetatywny (PVS) i nie ma żadnej nadziei na poprawę. Matka jednak wymusiła na szpitalu dalsze leczenie chłopca. Jak podał serwis HLI Europa, chłopiec obudził się i już bez problemu bawił się z rodzeństwem. Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 r., Terri Schiavo 31 marca 2005 r., a S.R. 26 stycznia 2021 roku Wymieniam te odejścia jednym tchem, gdyż coś je i łączy, i dzieli. W przypadku Schiavo i S.R. mieliśmy do czynienia ze śmiercią sztucznie wywołaną w drodze morderstwa sądowego, w przypadku Jana Pawła II – z wypełnieniem się woli Bożej.

Drugie narodziny…”

Belg Rom Houben w wyniku wypadku samochodowego przed 23 laty został całkowicie sparaliżowany i nie mógł porozumieć się z otoczeniem. Lekarze przeprowadzili liczne testy, po których orzekli z całkowitą pewnością, że pacjent znajduje się w stanie wegetatywnym. Później jednak, po zastosowaniu nowoczesnej techniki okazało się, że mózg chorego pracuje normalnie. Za pośrednictwem komputera udało się nawiązać z nim dialog. Ten moment Houben określił jako swoje drugie narodziny. Opowiadał, że przez cały ten czas był całkowicie świadomy, słyszał i widział, co się wokół niego dzieje. „Krzyczałem, ale nikt nie mógł mnie usłyszeć”. I oświadczył: „Chcę rozmawiać z przyjaciółmi, używając komputera, i cieszyć się życiem, skoro już wiadomo, że nie jestem martwy”. Gdyby z Romem Houbenem postąpiono jak z Terri Schiavo i naszym rodakiem, umarłby całkowicie świadomie powolną, bolesną śmiercią głodową. Ale z pewnością wielką pociechą (?) byłaby dla niego wiedza, że jest głodzony… zgodnie z prawem („Gość Niedzielny”, 6 grudnia 2009).

Przy zestawieniu tych tak różnych odejść jakże znaczące stają się słowa Jana Pawła II: „Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć”. Sytuacja i problemy związane ze śmiercią i eutanazją są analogiczne do debaty o aborcji. Czy gdyby – jak chcą tego liberałowie – uznawszy, że praktyki sprzeczne z normą istniały od zawsze, zalegalizować je – nie będzie już dochodziło do tak przykrych sytuacji, że napadnięty zabija napastującego go zbira? Przecież mordowanie się mamy we krwi, nieprawdaż?. W takim myśleniu zawarta jest koncepcja człowieka jako twórcy dobra i zła. Wystarczy więc zło nazwać dobrem i wtedy przestaje być złem. Wyznawcy tej koncepcji zaludniają od jakiegoś czasu polskie ulice w ramach wzmiankowanego już Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i używając rynsztokowych słów, domagają się prawa do aborcji. Wymachują hasłem „to jest wojna”, które wcale nie jest pustym frazesem.

Wiemy o tej wojnie od lat. I być może czas wejść w nią na poważnie, bo może mieć znaczący potencjał naprawczy. Od dawna przecież wiadomo, że konieczne jest oczyszczenie struktur kościelnych i politycznych z tego, co szkodliwe. Skoro apostołów wybierał osobiście Pan Jezus i na zaledwie dwunastu jeden okazał się zdrajcą, trudno spodziewać się, by w dzisiejszych czasach do Kościoła należeli sami święci. Jak pierwszego Kościoła nie złamała zdrada Judasza ani krwawe prześladowania, tak i współczesny Kościół przetrwa. Ale to dobry czas, by na nowo zweryfikować własne działania i postawy. Bo przecież nikt chyba nie sądzi, że postępowi bezbożni liberałowie chcą oczyszczenia Kościoła po to, by ten stał się bardziej święty. Oni wykorzystają każde haniebne działanie ludzi Kościoła do tego, by go zniszczyć. Potrzebujemy więc – my, niewyemancypowani „moherowcy” – jednoznaczności w wierze, w działaniu, w ocenach, w decyzjach. Tych indywidualnych, politycznych i społecznych. Przecież „dzięki” prawnej i moralnej dopuszczalności aborcji, eutanazji można dokonać redefinicji człowieczeństwa. Na to nie może być zgody. Bez pretensji do oryginalności tezy: w dzisiejszym świecie oswojonych absurdów niezbędne jest gromkie, zdecydowane: non possumus. Myślę, że tylko tak można wygrać tę cywilizacyjną/kulturową wojnę. To nie jest wojna o przysłowiową pietruszkę. To jest wojna, w ramach której propagowana jest dziś przez neomarksistów „nowa normalność”, nowe pojmowanie człowieczeństwa. Próba lepszego urządzenia świata uzurpuje sobie prawo, żeby być „normalnością powszechną”!

Refleksja końcowa

Dla dobrobytu i spokoju socjalnego większość Europejczyków dała sobie narzucić światopogląd daleki od tradycji kulturalnej, religijnej i obyczajowej kontynentu. Godzi się jeszcze odnotować, że znaczący odsetek Europejczyków nie wie prawie nic o Kościele, a bywa, że wierzą, iż Kościół katolicki dał Zachodowi tylko prześladowania, ciemnotę i zabobony. Nie mają pojęcia, że współczesna nauka umieszcza korzenie idei praw naturalnych nie w Oświeceniu, ale w XII wieku i w pismach katolickich uczonych. Nie mają pojęcia, że późni scholastycy coraz częściej są uważani za twórców współczesnej ekonomii. Że chrześcijaństwo upowszechniło elementarną oświatę dla każdego, a z czasem i dalsze etapy kształcenia. Dzięki chrześcijaństwu powstały pierwsze uniwersytety.

Większość współczesnych ludzi nie wie – na co słusznie zwracała uwagę Hannah Arendt – że tragedia XX wieku (faszyzm, komunizm) wynika z oświeceniowej idei o samostanowieniu człowieka, który tworzy swój los i nowe, rzekomo szczęśliwsze, pojmowanie człowieczeństwa, nie potrzebując już podpórek w postaci metafizyki, autorytetu i tradycji. Ale wówczas fundujemy sobie wojnę kulturową, będącą w istocie wojną o prawdę. Wygląda na to, że dopóki prawda nie zwycięży, będziemy żyli w świecie odwróconych sensów i znaczeń, gdzie „dziwki żalą się na uwiąd cnoty, oszuści oburzają się na szerzenie kłamstwa, złodzieje protestują przeciw lekceważeniu prawa własności, a nienawistnicy organizują się w celu walki z nienawiścią”, jak to trafnie nazwał Bronisław Wildstein. Czy da się jeszcze w takiej Europie przywrócić wartości moralne, sprawdzone przez wieki i stawiające szacunek do prawdy i do człowieka na pierwszym miejscu, czy też Europę zdominuje indywidualny egoizm, służący zaspokojeniu zachcianek i zwalniający z odpowiedzialności? Wreszcie, czy w takiej pogrążonej w relatywizmie i fałszywym pluralizmie rzeczywistości da się realizować postulaty budowy wspaniałej, zjednoczonej Europy?

Jeśliby się to wszystko jednak miało źle skończyć, to kto wystawiłby nam nagrobek i jaką inskrypcją by go przyozdobił? Może taką: „Tu leży Europa. Doigrała się”. I pomyśleć, że Europa zafundowałaby sobie tak marny koniec za pomocą pozornie niewinnie brzmiącego liberalnego zawołania: Czemu nie?

Kontynuuję wątek analiz, które zmierzają do uwyraźnienia, że poza przemocą fizyczną istnieje przemoc polityczna, ekonomiczna i propagandowa. Ta ostatnia wymaga dbałości o to, aby w społeczeństwie stale poszerzał się krąg nieodpornych na kłamliwe i bałamutne treści, zwanych także przez lewackie siły postępu – klientami. Można ich też nazywać kręgiem ludzi „żyjących na luzie”, pogardzających przeszłością w imię nowych tradycji i konwencji. Czemu nie? – powiadają współcześni liberałowie – zobaczmy, co z tego wyniknie. Do bardziej wyrafinowanych form przemocy należy zaliczyć doprowadzenie do skutecznego oswojenia wielu ludzi z absurdami. Mam poczucie, że zbyt mała jest świadomość, iż u większości ludzi obumarła zdolność odróżniania prawdy od kłamstwa. I niewielu jest z tego powodu nieszczęśliwych.

Uderza trafność spostrzeżenia, że „łatwiej oszukać ludzi, niż przekonać ich, że zostali oszukani”. Co się stało? Myślę, że „zawdzięczamy” to niewyobrażalnie olbrzymiemu zalewowi informacji. Sprzyja to osłabieniu odporności na kłamstwo i zwykłą głupotę. Ułatwia tym samym uprzedmiotowianie człowieka, co skutkuje jego „odczłowieczaniem” w tradycyjnym sensie. Propagandowe bombardowanie świadomości informacjami powoduje, że człowiek traci zdolność ustalania prawdy i łączenia wolności z odpowiedzialnością (vide Owsiakowe „róbta co chceta” i jego rzekoma apolityczność). Bywa, że atak informacyjny na świadomość zmąca ją do tego stopnia, że trudno oddzielić świadome kłamstwo od wewnętrznego samozakłamania, które staje się drugą naturą zmanipulowanego człowieka. A z takim człowiekiem można zrobić wszystko. Większość, sprytnie sterowana przez propagandystów i graczy, zawsze wybierze Barabasza.

Przykłady? Proszę bardzo: wciąż mam przed oczyma moją studentkę, która z wielką przykrością, wręcz bólem, słuchała moich krytycznych uwag pod adresem Owsiaka i jego WOŚP. Wtrącałem je czasem w różnych kontekstach moich wykładów. Wskazywałem, ilustrując to konkretnymi przykładami, że władza, zazwyczaj lewoskrętna, Owsiakowi i jego akolitom wyznaczyła zadanie, aby wyrwać z chrześcijaństwa serce i uzdatnić je do włączenia w jakąś ogólnoświatową „świecką religię”. Starałem się uwyraźniać zdziwionym zazwyczaj studentom, że Jerzy Owsiak jest sprytnym projektem politycznym, przedsięwzięciem zmierzającym do przeprowadzenia tzw. zmiany społecznej, czyli postawienia świata tradycyjnych wartości na głowie. Rzekomo bez tej rewolucyjnej zmiany nie sposób wydobyć człowieka z jego dotychczasowego uciemiężenia, co lewicowi liberałowie poczytują sobie za świętą misję. Nie muszę dodawać, że swoimi spostrzeżeniami zburzyłem spokój ducha mojej studentki zakochanej po uszy w dobroci Jurka Owsiaka. bo ongiś miała chore dziecko, które szpital uratował dzięki jego akcji charytatywnej. Ale mnie też lubiła jako wykładowcę…

Gdzie jest więc pies pogrzebany? Otóż propagandowo zmanipulowana studentka (podobnie jak znaczący odsetek ludzi) nie dostrzegła osobliwej schizofrenii wodzireja WOŚP, polegającej na tym, że Jerzy Owsiak w środku zimy jawi się jako organizator gigantycznej akcji dobroczynnej, która ratuje zdrowie i życie chorych, i wielu rodziców jest wtedy dumnych, że ich dzieci jako wolontariusze uczestniczą w publicznej zbiórce pieniędzy, latem natomiast staje na czele ogromnej imprezy młodzieżowej (Przystanek Woodstock, znany z pijaństwa i tzw. błotnych kąpieli) i często wówczas ci sami rodzice boją się puszczać swoje dzieci na ten festiwal. Jest więc szkopuł. Myślę, że niezbędna jest większa świadomość w kręgach wielbicieli Owsiaka, bo jest poza dyskusją, że w działalności WOŚP mamy do czynienia z bałamutnym wymieszaniem dobra (działalność charytatywna) ze złem (zgorszeniem), propagowaniem relatywizmu oraz działaniami zmierzającymi do rozmiękczania zasad moralnych i banalizacji zła. Działalność charytatywna Owsiaka jednoczy Polaków, natomiast „róbta co chceta” ich dzieli i skłóca.

Orkiestra Owsiaka gra razem ze Strajkiem Kobiet…

W tym roku w przededniu finału WOŚP Jerzy Owsiak na specjalnie zwołanej konferencji otwarcie poparł proaborcyjny Strajk Kobiet. Propagandowo nagłośnione przedsięwzięcie ratujące życie chorych dzieci powiązał bezpośrednio z lewackim ruchem społecznym, który od miesięcy dąży do tego, aby chore dzieci nigdy się nie urodziły. Czyż można sobie wyobrazić większy absurd niż równoczesne zbieranie pieniędzy na leczenie dzieci i wspieranie ich zabijania, gdy są nienarodzone? („Sieci”, luty 2021).

Współczesna medycyna, mimo fenomenalnych odkryć i nadzwyczajnych możliwości, patrzy na pacjenta jak na zbiór organów i tworzących je komórek, a nie cierpiącą istotę. Myślę, że chcąc poznać genezę tego zjawiska, trzeba się cofnąć do XIX wieku, bo to wówczas w medycynie pojawiła się mechanistyczna koncepcja pojmowania człowieka. Zakłada ona, że ludzki organizm działa niczym maszyna, zatem należy leczyć szwankujące części, co ma swoje plusy, bo łatwiej stawiać diagnozę i proponować leczenie. Koncepcja mechanistyczna jest też niezwykle wygodna z punktu widzenia ekonomiki leczenia, bo opiera się na pomiarach i wynikach, a te można łatwo ocenić. Całościowe leczenie opornie poddaje się matematyce. Poza tym wąska specjalizacja w pewnym stopniu sprytnie zwalnia lekarza z odpowiedzialności za życie pacjenta; w końcu jest fachowcem od jednego procesu komórkowego. I to jest stanowisko naukowe.

Ponadto we współczesnej medycynie zysk staje się kwestią kluczową. Krystyna de Walden-Gałuszko – konsultant krajowy medycyny paliatywnej, prezes Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego – słusznie zauważa, że „ludzie zawsze bali się śmierci. W przeszłości umieli jednak wykorzystać pewne wzorce kulturowe i religijne, aby proces umierania i samo zjawisko śmierci uczynić naturalnym, godnym i prawdziwie ludzkim”. Czym zastąpić te kulturowe i religijne wzorce? Kolejnymi psychologicznymi specjalizacjami? Kiedyś kapłan, nauczyciel, mędrzec wzywał do męstwa w imię powszechnie wyznawanych wartości i ideałów. Wszyscy mogli odwołać się do realnej wspólnoty, w której żyli, do zobowiązań i poczucia odpowiedzialności. Jakie nastąpiły tu przeobrażenia i co ludziom umierającym przyniosły? Otóż rola społeczna psychologa skoncentrowała się na zakwestionowaniu i obaleniu stresujących człowieka wysokich standardów i ideałów oraz represyjnych norm, w imię życia ułatwionego, bezstresowego i wygodnego. Takie życie wykreowane zostało na gruncie dzisiejszej ideologii jako ideał współczesności.

Jak ten sam psycholog może odwołać się do ideałów męstwa, heroizmu, wiary itp., aby pogodzić swojego podopiecznego z trudem, dramatem ludzkiej egzystencji i kondycji? „Trudno dać pociechę ludziom, gdy brakuje wiary w życie przyszłe” („Gość Niedzielny” 3.12. 2006), zwłaszcza że życie doczesne coraz częściej upływa w świecie odwróconym, gdzie oszuści uchodzą za obrońców prawdy, a dranie ustalają normy moralne… Co może umierającemu powiedzieć psycholog wobec fundamentalnej tajemnicy śmierci? „Godność człowieka umierającego – podkreślał Jan Paweł II – ma swoje źródło w tym, że jest on istotą stworzoną, oraz w jego osobistym powołaniu do życia wiecznego”. Kiedyś w większości kultur istnieli pomocnicy pomagający przejść to ostateczne doświadczenie, zazwyczaj kapłani, a ich działania były wpisane w ład i porządek, który konstytuował świat wspólny dla kapłana i umierającego. Czy tę rolę mogą przejąć upiornie „humanistyczni” psychologowie? Oczywiście nie, bo jest to psychologia w znacznej mierze zideologizowana i wyzuta z autentycznie ludzkiego wymiaru.

Kontakt z cierpiącym człowiekiem ma niezwykły wpływ na lekarza, bo ten, starając się dotrzeć do umierającej osoby, zrozumieć ją, doskonali sam siebie i uwzniośla swoje człowieczeństwo. Ale pacjent musi mieć pewność, iż lekarz jest wobec niego szczery, nie oszukuje go. „Śmierć tym większym bywa strachem – pisał w swoim dzienniku w 1910 roku filozof Henryk Elzenberg – im życie jest uboższe i bardziej wegetatywne; a im bardziej duchowe, kulturalne, bogate w siły i w pełni rozwinięte, tym lęk przed śmiercią jest mniejszy. A nie przeciwnie, jakby można pomyśleć. To, co się w nas boi śmierci, to organizm, roślina; w chwilach zaś, gdy życie jest najcenniejsze, myśli się o śmierci z taką pogodą, że niemal jako o koronie życia. Stąd wniosek: im piękniejsze twe życie, tym mniej go będziesz żałował. Ślepe przywiązanie do życia to przejaw nędzy życiowej. A najpiękniejszą czarę z największą satysfakcją się w końcu rozbija”. Znamienne, że przywołane intuicje filozofa bliskie są spostrzeżeniom ludzi, którzy na co dzień obcują z pacjentami u kresu życia. „Natężenie lęku przed śmiercią jest, w mojej ocenie – mówi dr Wiktor Chmielarczyk z Centrum Onkologii w Warszawie – miarą dojrzałości życia: ludzie spełnieni, którzy mają oparcie w bliskich, wierzą w Boga, umierają szczęśliwsi (K. Hejke, Gdy komórka zasłania duszę, „Gazeta Polska”, 6.04.2005). Ostatnimi chwilami życia Jan Paweł II pokazał prawdę o człowieku i o świecie, wbrew propozycji kultury „instant” (pojmowanej jako życie w natychmiastowości) nachalnie lansującej młodość, rześkość i siłę. Pokazał własnym cierpieniem, że do realnego świata oraz prawdy o człowieku należy także starość, cierpienie i umieranie. W tych dniach – odnotował ks. Robert Skrzypczak – schorowani i udręczeni cierpieniem ludzie mówili: „Ten papież pomaga mi żyć i nie narzekać” („Rzeczpospolita”, 25.03.2005).

Godne umieranie?

Nie wszyscy jednak podzielają przywołane spostrzeżenie ks. Skrzypczaka. Przyjrzyjmy się „postępowemu” profesorowi Zbigniewowi. Szawarskiemu. Swego czasu zaproponował on stary pomysł na godne umieranie: „Czy eutanazja jest legalna, czy nie – i tak jest dokonywana. Czy więc nie lepiej nadać temu zjawisku ramy prawne”? Wygląda na to, że nieprawość, zdaniem pana profesora, należy zalegalizować i wtedy przestanie być nieprawością. Bardziej szczegółowo poglądy profesora etyki Z. Szawarskiego poznamy, rekonstruując jego stanowisko w głośnej sprawie pogrążonej w śpiączce Terri Schiavo. 30 marca 2005 roku w Ameryce trwały zażarte spory, czy pozwolić jej żyć. W wyniku starań męża Michaela, popartych przez sędziów z Florydy, Terri pozbawiono pożywienia. To był trzynasty dzień głodowej egzekucji; miała przed sobą jeszcze 24 godziny powolnego umierania. Tego dnia w polskiej TV, w „Kawie czy herbacie”, dyżurny etyk Szawarski poprawnie politycznie apelował: „Pozwólmy jej godnie umrzeć”. Zabrakło mu tylko brutalnej szczerości męża Terri, który w rozmowie z pielęgniarkami nie ględził o „prawie do godnej śmierci”, tylko warknął zniecierpliwiony: „Kiedy umrze ta suka”? „Ona nic już nie czuje – zapewniał dyżurny etyk Szawarski – ona jest jak przepalony komputer”. Skąd to wiedział? Bo tak oświadczyli lekarze wynajęci przez Michaela Schiavo? A czemu mamy nie wierzyć księdzu Tadeuszowi Malanowskiemu, który czuwał do ostatka przy chorej, obserwował, jak wodziła za nim oczami, widział w tych oczach radość, gdy się nad nią pochylał i prawił jej serdeczności. I słyszał z jej ust cichy jęk za każdym razem, gdy mówił: „Terri, powtarzaj za mną: Jezus, Jezus, Jezus”… Politycznie poprawny etyk prof. Szawarski ubolewał nad tymi Amerykanami, którzy próbowali ocalić Terri przed głodową egzekucją. Bo czymś niedopuszczalnym, mówił z powagą, jest wtrącanie się w cudze życie. – „Tylko ja mam prawo decydować o moim życiu, tylko ja i nikt więcej!”. Tą uwagą prof. Szawarski zapędził się w kozi róg, bo prowadząca program dziennikarka zauważyła, że „przecież Terri nie decydowała. To za nią zdecydowano”! Profesor Szawarski pocieszył też zaraz widzów „Kawy czy herbaty” swą głęboką wiarą, że Terri, gdyby tylko ocknęła się ze śpiączki, z pewnością sama prosiłaby o zadanie jej śmierci (A. Solak, Kiedy umrze ta suka…?, „Myśl Polska”, 17.04.2005).

Jakże boleśnie aktualny to problem w Europie, skoro niedawno umierał tak nasz rodak S.R., bo placówka w Plymouth otrzymała zgodę brytyjskiego sądu na odłączenie go od pokarmu oraz wody, choć polskie władze do ostatniej chwili robiły wszystko, aby naszemu rodakowi pomóc. W miejsce komentarza przywołajmy inny przypadek. Devon Rivers był w śpiączce przez dwa lata. Lekarze orzekli, że to permanentny stan wegetatywny (PVS) i nie ma żadnej nadziei na poprawę. Matka jednak wymusiła na szpitalu dalsze leczenie chłopca. Jak podał serwis HLI Europa, chłopiec obudził się i już bez problemu bawił się z rodzeństwem. Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 r., Terri Schiavo 31 marca 2005 r., a S.R. 26 stycznia 2021 roku Wymieniam te odejścia jednym tchem, gdyż coś je i łączy, i dzieli. W przypadku Schiavo i S.R. mieliśmy do czynienia ze śmiercią sztucznie wywołaną w drodze morderstwa sądowego, w przypadku Jana Pawła II – z wypełnieniem się woli Bożej.

Drugie narodziny…”

Belg Rom Houben w wyniku wypadku samochodowego przed 23 laty został całkowicie sparaliżowany i nie mógł porozumieć się z otoczeniem. Lekarze przeprowadzili liczne testy, po których orzekli z całkowitą pewnością, że pacjent znajduje się w stanie wegetatywnym. Później jednak, po zastosowaniu nowoczesnej techniki okazało się, że mózg chorego pracuje normalnie. Za pośrednictwem komputera udało się nawiązać z nim dialog. Ten moment Houben określił jako swoje drugie narodziny. Opowiadał, że przez cały ten czas był całkowicie świadomy, słyszał i widział, co się wokół niego dzieje. „Krzyczałem, ale nikt nie mógł mnie usłyszeć”. I oświadczył: „Chcę rozmawiać z przyjaciółmi, używając komputera, i cieszyć się życiem, skoro już wiadomo, że nie jestem martwy”. Gdyby z Romem Houbenem postąpiono jak z Terri Schiavo i naszym rodakiem, umarłby całkowicie świadomie powolną, bolesną śmiercią głodową. Ale z pewnością wielką pociechą (?) byłaby dla niego wiedza, że jest głodzony… zgodnie z prawem („Gość Niedzielny”, 6 grudnia 2009).

Przy zestawieniu tych tak różnych odejść jakże znaczące stają się słowa Jana Pawła II: „Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć”. Sytuacja i problemy związane ze śmiercią i eutanazją są analogiczne do debaty o aborcji. Czy gdyby – jak chcą tego liberałowie – uznawszy, że praktyki sprzeczne z normą istniały od zawsze, zalegalizować je – nie będzie już dochodziło do tak przykrych sytuacji, że napadnięty zabija napastującego go zbira? Przecież mordowanie się mamy we krwi, nieprawdaż?. W takim myśleniu zawarta jest koncepcja człowieka jako twórcy dobra i zła. Wystarczy więc zło nazwać dobrem i wtedy przestaje być złem. Wyznawcy tej koncepcji zaludniają od jakiegoś czasu polskie ulice w ramach wzmiankowanego już Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i używając rynsztokowych słów, domagają się prawa do aborcji. Wymachują hasłem „to jest wojna”, które wcale nie jest pustym frazesem.

Wiemy o tej wojnie od lat. I być może czas wejść w nią na poważnie, bo może mieć znaczący potencjał naprawczy. Od dawna przecież wiadomo, że konieczne jest oczyszczenie struktur kościelnych i politycznych z tego, co szkodliwe. Skoro apostołów wybierał osobiście Pan Jezus i na zaledwie dwunastu jeden okazał się zdrajcą, trudno spodziewać się, by w dzisiejszych czasach do Kościoła należeli sami święci. Jak pierwszego Kościoła nie złamała zdrada Judasza ani krwawe prześladowania, tak i współczesny Kościół przetrwa. Ale to dobry czas, by na nowo zweryfikować własne działania i postawy. Bo przecież nikt chyba nie sądzi, że postępowi bezbożni liberałowie chcą oczyszczenia Kościoła po to, by ten stał się bardziej święty. Oni wykorzystają każde haniebne działanie ludzi Kościoła do tego, by go zniszczyć. Potrzebujemy więc – my, niewyemancypowani „moherowcy” – jednoznaczności w wierze, w działaniu, w ocenach, w decyzjach. Tych indywidualnych, politycznych i społecznych. Przecież „dzięki” prawnej i moralnej dopuszczalności aborcji, eutanazji można dokonać redefinicji człowieczeństwa. Na to nie może być zgody. Bez pretensji do oryginalności tezy: w dzisiejszym świecie oswojonych absurdów niezbędne jest gromkie, zdecydowane: non possumus. Myślę, że tylko tak można wygrać tę cywilizacyjną/kulturową wojnę. To nie jest wojna o przysłowiową pietruszkę. To jest wojna, w ramach której propagowana jest dziś przez neomarksistów „nowa normalność”, nowe pojmowanie człowieczeństwa. Próba lepszego urządzenia świata uzurpuje sobie prawo, żeby być „normalnością powszechną”!

Refleksja końcowa

Dla dobrobytu i spokoju socjalnego większość Europejczyków dała sobie narzucić światopogląd daleki od tradycji kulturalnej, religijnej i obyczajowej kontynentu. Godzi się jeszcze odnotować, że znaczący odsetek Europejczyków nie wie prawie nic o Kościele, a bywa, że wierzą, iż Kościół katolicki dał Zachodowi tylko prześladowania, ciemnotę i zabobony. Nie mają pojęcia, że współczesna nauka umieszcza korzenie idei praw naturalnych nie w Oświeceniu, ale w XII wieku i w pismach katolickich uczonych. Nie mają pojęcia, że późni scholastycy coraz częściej są uważani za twórców współczesnej ekonomii. Że chrześcijaństwo upowszechniło elementarną oświatę dla każdego, a z czasem i dalsze etapy kształcenia. Dzięki chrześcijaństwu powstały pierwsze uniwersytety.

Większość współczesnych ludzi nie wie – na co słusznie zwracała uwagę Hannah Arendt – że tragedia XX wieku (faszyzm, komunizm) wynika z oświeceniowej idei o samostanowieniu człowieka, który tworzy swój los i nowe, rzekomo szczęśliwsze, pojmowanie człowieczeństwa, nie potrzebując już podpórek w postaci metafizyki, autorytetu i tradycji. Ale wówczas fundujemy sobie wojnę kulturową, będącą w istocie wojną o prawdę. Wygląda na to, że dopóki prawda nie zwycięży, będziemy żyli w świecie odwróconych sensów i znaczeń, gdzie „dziwki żalą się na uwiąd cnoty, oszuści oburzają się na szerzenie kłamstwa, złodzieje protestują przeciw lekceważeniu prawa własności, a nienawistnicy organizują się w celu walki z nienawiścią”, jak to trafnie nazwał Bronisław Wildstein. Czy da się jeszcze w takiej Europie przywrócić wartości moralne, sprawdzone przez wieki i stawiające szacunek do prawdy i do człowieka na pierwszym miejscu, czy też Europę zdominuje indywidualny egoizm, służący zaspokojeniu zachcianek i zwalniający z odpowiedzialności? Wreszcie, czy w takiej pogrążonej w relatywizmie i fałszywym pluralizmie rzeczywistości da się realizować postulaty budowy wspaniałej, zjednoczonej Europy?

Jeśliby się to wszystko jednak miało źle skończyć, to kto wystawiłby nam nagrobek i jaką inskrypcją by go przyozdobił? Może taką: „Tu leży Europa. Doigrała się”. I pomyśleć, że Europa zafundowałaby sobie tak marny koniec za pomocą pozornie niewinnie brzmiącego liberalnego zawołania: czemu nie?

Herbert Kopiec
Herbert Kopiec
Herbert Robert Kopiec (ur.1940 r) polski Ślązak, absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doktor nauk humanistycznych. Nauczyciel akademicki Uniwersytetu Śląskiego, Akademii Świętokrzyskiej im. Jana Kochanowskiego w Kielcach, Gliwickiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości; w latach 2006-2009 dziekan Wydziału Pedagogiczno-Społecznego tej uczelni.

Ostatnie wpisy autora