W kręgu zawołania bojowego liberałów: czemu nie?! Część III

Data

Polecamy

Ósmy ogląd mądrości według Stanisława ze Skarbimierza – od strony powinności i poszanowania dobra wspólnego

Poniżej prezentujemy ósmy ogląd mądrości - o dobru wspólnym - Stanisława ze Skarbimierza, uczonego i doradcy królewskiego z XIV/XV wieku. Twórcy polskiej szkoły dyplomacji, prekursora prawa międzynarodowego oraz zasady tolerancji.

Instytucja rodziny i jej wrogowie. II RP, PRL, III RP (3)

Służby ZSRR od początku istnienia infiltrowały organizacje nauczycieli, pisarzy i publicystów. To mobilizacja narodu polskiego w obronie tradycyjnych wartości była przyczyną ich klęski w 1920. Postanowiły je podmienić na swoje.

Instytucja rodziny i jej wrogowie. Rewolucja francuska, Marks, Engels, Kołłontaj (2)

Pierwsze feministki (sufrażystki) były przeciwniczkami aborcji. Chciały tylko równych praw obywatelskich. Hasło legalizacji aborcji ściśle wiąże się z komunizmem i jego celem - zniszczeniem starego porządku opartego na rodzinie.
Myśliciele rozważający rewolucję i walkę z chrześcijaństwem już w okresie poprzedzającym Renesans odkryli skuteczność działania, które da się ująć w dyrektywie: „Uwolnij namiętności, a będziesz rządził ludźmi”.

Cz. III

Obiecałem w poprzednim felietonie, że dopowiem jeszcze parę rzeczy wskazujących na dość naiwne wyobrażenie bezbożnych liberałów o wszechmocy psychologii, która rzekomo potrafi nie tylko wyjaśnić nieomal każdy ludzki problem, ale także w dużej mierze mu zaradzić. W takim duchu uprawiana bywa współczesna naukowa, uniwersytecka psychologia. Okazuje się też, że nie ma w tym nic nowego i oryginalnego, a więc nie powinno być specjalnie bulwersujące.

Dość przypomnieć, że uprawiająca intensywną politykę laicyzacyjną i kult nauki III Republika Francuska nie miała litości dla tych naukowców, którzy nie podzielali laicyzacyjnego zapału, albo, co gorsza, stali „po stronie ciemności”. Dla nich droga awansu była zamknięta. Przecież – jak pisano w ówczesnej prasie oddanej idei laickiej republiki – „gorliwy katolik i dobry człowiek nauki – to są rzeczy, które nigdy nie idą w parze”. Tak więc w 1882 roku odmówiono z tej właśnie przyczyny Edouardowi Branly’emu katedry fizyki medycznej na paryskim uniwersytecie, a jego kandydatura do Akademii Nauk aż do 1911 roku była skutecznie blokowana, by zapobiec „triumfowi reakcji”. Mało, ta sama Akademia skutecznie sprzeciwiła się w 1909 roku inicjatywie sztokholmskiej Akademii Nauk, by Branly wraz z Marconim otrzymali nagrody Nobla w dziedzinie fizyki („Fronda” z 2008 r. nr 44/45). W miejsce komentarza ciśnie się na usta pytanie: „Skąd my to draństwo znamy”?

Wróćmy do wątku „naukowości” współczesnej uniwersyteckiej psychologii wprzęgniętej do rozpętanej także u nas ostatnio w Polsce rewolucji seksualnej/wojny płci, ponieważ dobrze wpisuje się w lewacką strategię „przyprawiania gęby” tradycyjnej kulturze chrześcijańskiej, zwłaszcza katolickiej, prezentowanej zazwyczaj jako źródło opresji i ucisku człowieka i społeczeństwa. Dla liberała, jak wiadomo, to prawdziwe piekło. W myśl tej strategii dopiero uwolnienie od ograniczeń narzuconych przez religię i Kościół pozwoli na stworzenie nierepresyjnego społeczeństwa i wolnego człowieka. Tak oto postępowe lewactwo (neomarksiści) w swoim mniemaniu dopięło swego. Czyli rzekomo udało się (?) im upichcić człowieka szczęśliwego/zadowolonego. Łatwo zauważyć, że to, co nazywają szczęściem, oznacza po prostu dłuższą formę doczesnej wegetacji zadowolonych z siebie ludzkich zwierząt. Ich wizja szczęścia/zadowolenia prowadzi do totalnej relatywizacji wartości ludzkiego życia. Dla stworzenia ulepszonego człowieczeństwa należy raz na zawsze pożegnać się z absolutną godnością osoby i ze stojącym na jej straży Bogiem („Do Rzeczy”, styczeń 2021).

Czytelnika nieufnego bądź podejrzliwego wobec przywołanego kociokwiku (gdybym nie był zacofanym moherem, to napisałbym: „przywołanej narracji”) wprowadzę na chwilę do kuchni, w której narodził się ów „człowiek zadowolony”. I co my tu widzimy? Ano zobaczymy przeciętnego zjadacza chleba/czytelnika, poddanego manipulacji przez ufnego w omnipotencję nauki liberała. Dowie się od niego (często utytułowanego akademika) na przykład, że człowiek sam się może „wyleczyć z ciężkiej choroby i zapewnić sobie udane życie. Wystarczy, że nauczy się sterować swoim ciałem za pomocą pozytywnego myślenia”, jak przekonuje hiszpański psycholog Jose Gonzales z Akademii Nauk Medycznych w Cantabrii. Zachęca on do samodzielnego programowania umysłu: kiedy mózg osiąga stan pełnej relaksacji (pracuje na falach alfa), należy wtłaczać do niego informacje, jakie chcemy sobie przyswoić. Tymczasem ks. dr Marek Dziewiecki, psycholog i terapeuta z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, pisze: „Pozytywne myślenie stwarza jedynie iluzję osiągnięcia łatwego szczęścia. Kiedy ułuda minie, pojawia się rozczarowanie, poczucie winy, a u osób o niskiej samoocenie może dojść do poważnych zaburzeń psychicznych” (Mit pozytywnego myślenia, „Ozon” 28.06. 2006).

Wyobrażenie o wszechmocy psychologii posunęło się już tak daleko, że prawo do opieki psychologa uznane zostało za jedno z fundamentalnych praw człowieka, a kto ośmiela się kwestionować sens tego stanu rzeczy, zgodnie z ową doktryną atakuje „elementarne uprawnienia człowieka” („Rzeczpospolita”, 27.08. 2004). Przekonał się o tym Bronisław Wildstein, ironizując z psychologizacjinaszego życia społecznego, objawiającej się tworzeniem kolejnych specjalizacji od poszczególnych aspektów ludzkiej egzystencji (od kolebki aż po grób). Przykładem może tu być psychoonkologia. Od 1992 roku istnieje Polskie Towarzystwo Psychoonkologiczne, które stara się pomagać ludziom chorym na raka i ich rodzinom (m.in. postulując „badania specyfiki psychospołecznych uwarunkowań choroby nowotworowej w zależności od typu nowotworu, czynników społeczno-demograficznych” itp.), szkolić personel medyczny, a także włączać się w akcje popularno-oświatowe („Rzeczpospolita” 27.08. 2004). Oponenci Wildsteina uznali, że jego ironia wobec psychologii chorych na raka i ich otoczenia oznacza kpinę z ofiar, pastwienie się nad konającymi. Broniąc się, słusznie pyta Wildstein: „Czy oskarżyliby oni o wyszydzanie śmiertelnie chorych kogoś, kto kwestionuje kompetencje znachorów”? A przecież ludzie w takiej sytuacji bardzo chcą wierzyć w możliwości, które oferują im cudotwórcy. Czyż tak nie jest?

W myśl tej utopijnej doktryny człowiek pojmowany jest jak agregat, w którym poszczególne elementy podlegają osobnym prawom, a więc osobnym dziedzinom nauki, które nie tylko opisują ich funkcjonowanie, ale i usprawniają działanie. Bywa więc, że w następstwie sygnalizowanej tendencji zanika świadomość (także, niestety, pośród katolików), że człowiek religijny rodzi się, żeby zostać ZBAWIONYM. Jakoż w sytuacji, gdy we współczesnej kulturze wygrywa „człowiek psychologiczny”, trudno się dziwić, że zaczyna panować przeświadczenie, iż człowiek rodzi się, aby być ZADOWOLONYM. Wymaga to podjęcia różnych inicjatyw na rzecz lepszego urządzenia świata, zbudowania nowej, szczęśliwej ludzkości. Tak oto – najogólniej rzeczone aspiracje ujmując – zrodziła się radykalnie antykatolicka ideologia transhumanizmuDokładniej ideologię tę opisali w 1998 roku szwedzki ekonomista Nick Bostrom i Brytyjczyk David Pearce. Chcą oni wykorzystać technologię, biologię i chemię w taki sposób, aby można było tworzyć nowy typ ludzi. Wykreować wyższą formę społeczeństwa, w której albo ograniczy się, albo całkiem wyeliminuje ból i odsunie śmierć. Nowy nadczłowiek (lub transczłowiek) miałby dłużej żyć. Życie ludzkie wydłuży się do 200–300 lat. Znikną też obecne niedogodności, braki i słabości systemu kapitalistycznego. Dzięki nauce nowy człowiek będzie mieć wyższą niż obecnie inteligencję i wreszcie cieszyć się będzie szczęściem, czyli zadowoleniem właśnie.

Założenia te zmieniają rozumienie szczęścia. Przestaje ono być stoicką umiejętnością przyjmowania tego, co nam los przynosi, i dostrzegania w nim nieuchronnych następstw stanu Natury. W tym zmodyfikowanym pojmowaniu szczęścia nie ma już miejsca na miłość wobec tego, co nieuniknione, czy chrześcijańską zdolność dostrzegania w krzyżu bogactwa i wypełniania życia, a [szczęście] staje się wyłącznie doświadczeniem tego, na co aktualnie mamy ochotę. Taka postawa – napisał Benedykt XVI w encyklice Spe salvi – prowadzi jednak do pustki. Posłuchajmy przekonujących, moim zdaniem, spostrzeżeń papieża: „Właśnie tam, gdzie ludzie usiłując uniknąć wszelkiego cierpienia, starają się uchylić od wszystkiego, co może spowodować ból, tam, gdzie chcą zaoszczędzić sobie wysiłku i bólu związanego z prawdą, miłością, dobrem, staczają się w życie puste, w którym być może prawie już nie ma bólu, ale coraz bardziej dominuje mroczne poczucie braku sensu i zagubienia. Unikanie cierpienia ani ucieczka od bólu nie uzdrawiają człowieka, ale zdolność ich akceptacji, dojrzewania w nich prowadzi do odnajdywania sensu przez zjednoczenie z Chrystusem, który cierpiał z nieskończoną miłością” (Kraków, 2008).

„Naukowość” oznacza przede wszystkim odejście od religii, zwycięstwo nauki nad ciemnotą. I nie jest żadną nowością. Czołowy francuski darwinista Alfred Giard w 1889 roku stwierdził, że „pośród najszczęśliwszych symptomów końca tego stulecia należy wymienić tendencję do stopniowego zastępowania nauką roli wypełnianej do tej pory przez religię”W takich okolicznościach nie może zaskakiwać, że od psychiki człowieka są psychologowie, od życia społecznego – socjologowie, od ducha – duchowni. Wszyscy mają jedno i to samo na oku: dopilnować, aby człowiek był zadowolony. Ba, okazuje się, że także duchowni, którzy utracili wiarę w Boga – bo oto pastor luterańskiego Kościoła w Danii, Thorkild Grosboell, w kazaniu do wiernych (czerwiec 2004) wyznał, że nie wierzy ani w zmartwychwstanie, ani w Boga. Nie zaprzeczał, że stracił wiarę, ale nie chciał odejść z parafii, bo „czuł się potrzebny parafianom jako pocieszyciel duchowy”. Utratę wiary bagatelizował, uznając ją za przecież niewyłączny warunek kontynuacji misji w parafii. Obroną niewierzącego pastora zajęły się (a jakże!) laickie, lewackie organizacje pozarządowe („Fronda” nr 37/2005).

Obrona niewierzącego pastora w parafii przypomina przyczyny upadku/degregendolady polskich uniwersytetów. Ten zasmucający i zazwyczaj (choć nie zawsze) przemilczany przez „postępowe” lewactwo fakt można by opisywać na różne sposoby. Posłuchajmy może tradycyjnego/prawoskrętnego profesora Mirosława Dakowskiego (poważnego uczonego-fizyka o niekwestionowanym autorytecie naukowym), który swoją ocenę kondycji humanistyki na współczesnym polskim uniwersytecie rozpoczął pozornie niewinnym pytaniem: „Czym się zajmują ludzie na wydziale psychologii?”. I odpowiedział: „Aż muszę przełknąć ślinę, aby to wymówić: uczonych psychologów interesuje niehetereseksualność w ujęciu psychospołecznym. Podczas kursu studenci zdobędą wiedzę na temat nieheteroseksualnych tożsamości i ich definicji, typologii, modeli rozwojowych. Poprzestanę (…) żeby nie zwymiotować. To, co mówię, to nie jest jakiś koszmar nocny. To jest codzienna rzeczywistość Uniwersytetu Warszawskiego” (strona M. Dakowskiego). No cóż, widać, że profesorowi Dakowskiemu puściły nerwy. Bo najwyraźniej obcy jest mu powiew neomarksistowskiej, lewackiej rewolucji seksualnej i toczącej się w świecie wojnie płci. Małżeństwo, rodzina bywają postrzegane jako instytucje ucisku kobiety przez mężczyznę.

Znamienne, że kiedy bolszewicy doszli do władzy, przez pierwszych dziewięć lat istnienia Związku Sowieckiego takie postrzeganie rodziny było częścią polityki społecznej, za którą odpowiedzialna była komisarz ludowa do spraw opieki społecznych w rządzie bolszewickim – Aleksandra Kołłontaj (1872–1952). W 1919 roku ukazała się książka Nowa mentalność a klasa robotniczaKołłontaj przedstawiła w niej podstawowe punkty swojego programu emancypacji kobiet. Twierdziła, że należy wyzwolić płeć piękną nie tylko pod względem ekonomicznym, ale także psychologicznym. W tym celu powinno się popularyzować wolną miłość. Jednostki, aby być do niej zdolne, winny ćwiczyć „gry miłosne” lub zawierać „erotyczne przyjaźnie”. Według rewolucjonistki tylko seks bez zobowiązań był w stanie wpoić kobietom nawyk chronienia swojej osobowości w zmaskulinizowanym społeczeństwie. Wszelkie postaci związków seksualnych, w tym homoseksualne, uznawała za dozwolone. Kołłontaj przewidywała również zanik rodziny, postulowała więc oddanie opieki nad dziećmi państwu. Prowadziła kampanię pod hasłem „Seks jak szklanka wody”Chodziło o to, żeby przedstawiać stosunki płciowe jako relacje pozbawione potencjału uczuciowego, związku emocjonalnego, w wymiarach czysto fizjologicznych. Masową prostytucję rozwijającą się w ZSSR skrytykowała w następujący sposób: „Nie potępiam prostytutek dlatego, że oddają swoje ciało wielu mężczyznom, tylko dlatego, iż podobnie jak «kury domowe», są bezproduktywne”.

W pewnym momencie, kiedy Stalin zdał sobie sprawę z tego, jak duże są koszty społeczne tego eksperymentu – bo w grę wchodziła między innymi olbrzymia liczba aborcji (w 1920 roku Rosja bolszewicka była pierwszym krajem, który zalegalizował aborcję), nadto olbrzymia liczba rozwodów (prawo o rozwodach wprowadzone w grudniu 1917 roku przewidywało, że można wziąć rozwód drogą korespondencyjną – wysyłając list do urzędu i płacąc trzy ruble – bez powiadamiania o tym małżonka). Wejście tego prawa w życie przyśpieszało, rzecz jasna, rwanie więzi rodzinnych i w 1926 roku Stalin, który postanowił budować imperium, zdecydował się przekręcić wajchę w drugą stronę i wtedy zakończono politykę rozwiązłości seksualnej. Co ciekawe, zaczęto z historii Związku Sowieckiego usuwać broszury, a z bibliotek – książki tematycznie związane z rewolucją seksualną z lat 1917–1926. Dopiero teraz historycy w Rosji zaczynają odkrywać ten skazany na zapomnienie okres.

Myślę, że wypada – mnie, staremu belfrowi – abym powiedział dwa słowa, dlaczegóż to dzisiejsi neomarksiści tak bardzo upodobali sobie sferę seksualności człowieka i rączo wyruszyli na wojnę płci. Otóż nie mamy tu do czynienia z żadnym przypadkiem czy fanaberią tych zawodowych przeciwników Pana Boga i Kościoła katolickiego. Ta koncentracja na seksie – żeby nie powiedzieć: obsesja – ma konkretne uzasadnienie. Okazuje się, że myśliciele rozważający rewolucję i walkę z chrześcijaństwem już w okresie poprzedzającym Renesans odkryli niezwykłą skuteczność działania, które da się ująć w dyrektywie: „Uwolnij namiętności, a będziesz rządził ludźmi”. Mamy tu do czynienia z bardzo skutecznym mechanizmem/metodą przeprowadzania rewolucji i manipulowania społeczeństwami. Taką manipulacją seksualną – przykładowo – było uwodzenie księży, które miało miejsce w okresie renesansu. Wielu z nich z tego powodu przeszło na protestantyzm, gdzie mogło się żenić. Ale rozwiązłość seksualna i uleganie słabościom miały szczególnie miejsce przed rewolucją francuską i przed rewolucją bolszewicką. Seksualne manipulowanie ludźmi, sprawianie, że człowiek jest zajęty własnymi namiętnościami, doprowadza wielu ludzi do utraty kontroli nad sobą, czemu może towarzyszy utrata orientacji społecznej, kulturalnej i politycznej, a także zatrata ogólnego zmysłu moralnego.

W następstwie sygnalizowanej wojny płci są już na świecie miejsca, w których mężczyźni nie chcą wchodzić w związki z kobietami ani kobiety z mężczyznami. O co chodzi i co się stało? Otóż np. w Hiszpanii od dawna mówi się, że trzeba przedefiniować miłość, oddzielić ją od seksu, ponieważ ta dawna miłość, miłość romantyczna, skazywała kobietę na uległość. Dlatego z niektórych bibliotek szkolnych czy uniwersyteckich wycofuje się dzieła klasyki, ponieważ jest przedstawiana owa anachroniczna miłość, która sprawia, że kobieta zakochuje się, jest uległa, rodzi dzieci mężczyźnie, pozwala się obsadzić w roli matki i bardzo na tym traci. W konsekwencji słychać już opinie, że w Hiszpanii najbardziej niebezpiecznym miejscem jest łono matki, ponieważ w państwie tym abortuje się 300 dzieci dziennie. 100 tys. dzieci rocznie ginie inwazyjnie z powodu wprowadzenia w Hiszpanii najbardziej liberalnego prawa. W tej chwili jest to kraj umierający. Mówi się już o wioskach-widmach, wioskach na sprzedaż. Oczywiście hiszpański rząd socjalistyczno-komunistyczny przemilcza ten problem (Czy neomarksistowski projekt zbliża się ku końcowi?, internet, 22.10. 2020).

Podsumujmy nasze moherowe argumenty uwagami prof. A.M. Krąpca: Na gruncie zideologizowanej psychologii i humanistyki przewrotnie nazywane ideologią bywają elementarne odruchy moralne (np. nie zabijaj!), a naturalnym prawem – nieliczący się z niczym egoizm. Nadto ideologia rewolucji obyczajowej, emancypacji spod wpływów wszelkich tradycyjnych norm w imię wygody i skuteczności, stroi się dziś w szatki walki o wolność i równouprawnienie. Tymczasem sensowną myśl o Bogu i człowieku, o sposobie ludzkiego życia rozumnego, szeroko wyjaśniali nie ideolodzy, lecz myśliciele, czerpiąc swą mądrość z kontemplacji natury stworzonej, w której zawarta jest myśl Boga Stworzyciela. Poznanie natury, liczenie się z naturą daje człowiekowi mądrość. Nigdy nie istniał „człowiek inaczej”, więc albo tak będzie nadal istniał, albo należy oczekiwać dramatycznych konsekwencji. To, co zgodne z naturą, oznacza równocześnie to, co zgodne z prawdą człowieczeństwa. Człowiecza mądrość i rozumność bezpośrednio rodzą się więc z poznawania stworzonej natury.

Herbert Kopiec
Herbert Kopiec
Herbert Robert Kopiec (ur.1940 r) polski Ślązak, absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doktor nauk humanistycznych. Nauczyciel akademicki Uniwersytetu Śląskiego, Akademii Świętokrzyskiej im. Jana Kochanowskiego w Kielcach, Gliwickiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości; w latach 2006-2009 dziekan Wydziału Pedagogiczno-Społecznego tej uczelni.

Ostatnie wpisy autora