Ostry spór Polski i Ukrainy o UPA trwa już od ponad miesiąca. Rozpoczął się od decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełeńskiego o nadaniu elitarnej jednostce wojskowej imienia Ukraińskiej Powstańczej Armii. UPA, która na przełomie 1943/44 roku w Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu dokonała ludobójstwa na ludności polskiej. UPA, która wymordowała w najbardziej bestialski sposób ponad 100 tys. Polaków, sąsiadów, mieszkańców Kresów od dziesiątek pokoleń.
Obecnie parlament Ukrainy przegłosował ustawę o Panteonie Narodowym, w którym obok prawdziwych bohaterów mają zostać uczczeni również zbrodniarze, tacy jak Stepan Bandera i Roman Szuchewicz.
W przypadku tego pierwszego władze Ukrainy próbowały uroczyście przewieźć jego prochy z Monachium do Kijowa, ale nie wyraziła na to zgody rodzina Bandery. Obawiała się, że szczątki jednego z głównych przywódców UPA (zleceniodawcy morderstwa ministra Pierackiego, próbującego doprowadzić do pojednania polsko-ukraińskiego) zostaną tam zbezczeszczone ze względu na toczącą się wojnę.
Grób Szuchewicza może być tylko symboliczny, bo nie wiadomo gdzie został pochowany. Jeśli jednak władze zdecydują się na jego upamiętnienie, będzie to kolejny szczebel na drabinie eskalacyjnej z Polską. Dodatkowo wypowiedzi zarówno samego Zełeńskiego, jak i jego otoczenia, są coraz bardziej antagonistyczne i prowokacyjne wobec Polski.
Dlaczego Ukraina, która od pierwszych dni rosyjskiej napaści otrzymała od Polski bezwarunkowe, całkowicie bezinteresowne wsparcie militarne i humanitarne, zdecydował się na otwartą konfrontację ze swym dotychczasowym największym sojusznikiem?
Przyczyny są głównie natury politycznej. Władze w Kijowie na czele z prezydentem Zełeńskim są wyrachowane i poczuły się pewnie w związku z ostatnimi sukcesami wojennymi i ustabilizowaniem sytuacji na froncie. Nie czują się już zależne od Polski, bo ta choć pozostała głównym hubem, przez który wsparcie do Ukrainy dociera, sama przestała być jego liderem.
To co byliśmy skłonni i mogliśmy dać, już daliśmy (w większości na początku konfliktu), a kolejne transze wsparcia były coraz mniejsze. W związku z tym Polska stała się wygodnym kozłem ofiarnym, przeciwko któremu można zjednoczyć naród – na czele z prezydentem Zełeńskim – co się niestety udało.
Ten były komediant i celebryta znakomicie wyczuwa nastroje społeczne, a te od jakiegoś czasu były coraz bardziej nieprzychylne wobec władz w Kijowie. Proporcjonalnie do liczby afer o charakterze korupcyjnym, wybuchających co jakiś czas w Ukrainie.
Ostatnia jest związana z upublicznionymi na początku maja taśmami. Słychać na nich m.in. zbiegłego do Izraela Tymura Midnicza, bliskiego współpracownika Zełeńskiego i współwłaściciela studia produkcyjnego Kwartał 95, który zakładał i prowadził Zełeński. Słychać także byłego ministra obrony i obecnego szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego Rustewa Umierowa i Serhija Szafira, byłego doradcy. Wszyscy oni należą bądź należeli do ścisłej elity władzy i otoczenia prezydenta. Afera dotyczy korupcyjnych schematów wartych co najmniej sto milionów dolarów. Celem było wybudowanie za ukradzione, publiczne pieniądze i środki pochodzące z korupcji luksusowych rezydencji pod Kijowem. Miały stanąć na bardzo drogich działkach dla ludzi z otoczenia prezydenta, w tym jego samego oraz Andrija Jermaka, byłego wszechwładnego szefa Biura Prezydenta, który odszedł po tym jak w ramach operacji Midas oskarżono go o wielomilionowe przekręty korupcyjne w Enerhoatomie.
Warto przypomnieć, że wiemy o tym wszystkim dzięki jedynej nieupolitycznionej na Ukrainie instytucji, Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU), powołanej pod naciskiem UE. Zełeński jakiś czas temu próbował ją zniszczyć, podporządkowując organom rządowym i zatrzymać kolejne śledztwa uderzające w ludzi z jego otoczenia.
Dzięki naciskom ze strony państw zachodnich i protestom samych Ukraińców do tego nie doszło. Dzięki temu śledczy, pomimo silnych nacisków ze strony skorumpowanych elit, mogą kontynuować pracę i demaskować kolejne skandale.
Afera na tyle mocno wstrząsnęła słupkami poparcia Zełeńskiego, że zaczął on imać się coraz bardziej desperackich ruchów dla utrzymania władzy. Na przykład wezwał do Kijowa ambasadora Ukrainy w UK, byłego głównodowodzącego wojsk Ukrainy, generała Walerija Załużnego, według sondaży jego głównego kontrkandydatka. Próbował go przekonać do niestartowania w wyborach, co się jednak nie udało. W związku z tym Zełeński postanowił zwiększyć swoje poparcie wśród środowisk nacjonalistycznych i militarystycznych, do tej pory niechętnych prezydentowi. Stąd ostatni zwrot ku polityce historycznej i godnościowej.
Polska stała się przy tym wygodnym kozłem ofiarnym, którego można oskarżyć m.in. o to, że Ukraina nie jest jeszcze w Unii Europejskiej. Niektórzy politycy i dziennikarze związani z władzą twierdzą wręcz, że Polska zastąpiła Węgry w roli głównego hamulcowego w kwestii przyśpieszonego przystąpienia Ukrainy do Wspólnoty. Zapominają przy tym dodać, że przyśpieszona ścieżka akcesyjna nie istnieje, a Ukraina jeśli chce dołączyć do Unii, musi wykonać tytaniczną pracę na rzecz reform; również ograniczających korupcję. Na to się jednak nie zanosi.
Z kolei koniec wojny, a co za tym idzie wybory, zdają się być coraz bliżej. Czeka nas zatem rosnąca eskalacja i konflikt polsko-ukraiński, na którym najwięcej zyskują skorumpowane ukraińskie elity…i Rosja.
Musimy jednak pamiętać, że skorumpowane i wyrachowane polityczne elity na Ukrainie (i w Polsce) nie są tożsame z narodem, a my nie wspieramy Ukraińców z powodu naszych osobistych sympatii bądź antypatii, ale po to, aby zachować niepodległe państwo ukraińskie i powstrzymać imperialne zapędy Rosjan.
Tym niemniej polskie władze powinny być możliwie jak najmocniej asertywne wobec Zełeńskiego i jego kliki i wyraźnie podkreślać, że nasze wsparcie płynie dla narodu ukraińskiego, a nie jego przywódców, którzy w imię krótkowzrocznych interesów politycznych i finansowych niszczą nasze wzajemne relacje i swój własny kraj.
Patryk Patey



