Prekursor kremlologii

Data

Polecamy

Koniec spekulacji i oszczerstw – premier Morawiecki mówi prawdę każdego dnia! 

I jak wam teraz, żałośni dezinformatorzy? Wasze insynuacje i oszczerstwa spaliły na panewce. Możecie mówić, co chcecie. Twierdzić, co chcecie. Na koniec i tak wystąpi premier Mateusz Morawiecki i wygłosi aktualną prawdę. Łyso wam?

Ukraina w NATO? Jak najszybciej!

Powtarza się, że Ukrainy nie można przyjąć do NATO, bo na jej terytorium toczy się wojna, a wejście Ukrainy do NATO naraziłoby Sojusz na konflikt z Kremlem. No dobrze, ale przecież NATO powstało do obrony Europy przed Rosją (ZSRS)

Artyści kina

Reżyserzy w Polsce wyspecjalizowali się w poprawianiu takich tam byle Szekspirów Wyspiańskich, czy Mrożków. Scenarzyści nadają filmom „artyzm”, nasycając je wulgaryzmami do granic śmieszności.
Od czasów sowieckich sowietologia zapewniała dostatnie życie i kariery naukowe tabunom fachowców od polityki i elit moskiewskich. W większości tworzyli oni swoje teorie z oficjalnych moskiewskich przekazów, czyli z fusów.

Kremlologia, czyli nauka o państwie moskiewskim, rozwinęła się w cywilizowanym świecie wraz ze wzrostem znaczenia tegoż państwa w polityce światowej. Zmieniały się też panujące w Moskwie ustroje,:nie zmieniała się tylko kształtująca mieszkańców tych państw cywilizacja. To, co w początkach XX wieku opisał Feliks Koneczny, nie straciło na aktualności. Brutalna agresja na Ukrainę stanowi doskonałe potwierdzenie teorii Konecznego.

Od czasów sowieckich sowietologia zapewniała dostatnie życie i kariery naukowe tabunom fachowców od polityki i elit moskiewskich. W większości tworzyli oni swoje teorie z lektury dostępnych źródeł, projekcji własnych wyobrażeń i oficjalnych moskiewskich przekazów, czyli z fusów. Niewielu miało prawdziwy kontakt z moskiewską rzeczywistością, a jeszcze mniej zdawało sobie sprawę z cywilizacyjnej odmienności Moskali.

Polski wkład odznaczał się znacznie lepszą znajomością rzeczy, a przez to trzeźwiejszym spojrzeniem na obiekt badań. Nie przebijało się to do świadomości zachodnich elit, z powodu tradycyjnych uprzedzeń wobec rzekomej rusofobii Polaków. Obecna wojna, i poprzedzająca ją ślepota na działania Rosji, to tylko kolejne tego potwierdzenie. A my możemy pochwalić się jednym z pierwszych, którzy dobrze Rosję poznali i opisali, korzystając z doświadczeń własnych i kilku zachodnich wizytatorów Moskwy.

Paweł Palczowski z Palczowic był polskim szlachcicem o dość bujnym życiorysie. Poznał wiele europejskich krajów i języków, trafił też do Rosji. Tę poznać mógł dobrze, jako że pojechał do Moskwy w roku 1606 w składzie polskiej delegacji na koronację Maryny Mniszkówny i negocjacje z Dymitrem Samozwańcem w sprawie unii. Szczęśliwym trafem przeżył rzeź urządzoną przez spiskowców Wasyla Szujskiego i trafił na zesłanie. Przemieszczany ponad dwa lata po ogromnych przestrzeniach carstwa, wiele zaobserwował i obserwacjami podzielił się w broszurze Kolęda Moskiewska, skierowanej do posłów mających zdecydować o wojnie z Rosją.

Celem Palczowskiego jest skłonienie szlachty do ruszenia na Moskwę. Argumenty, jakich używa, łącznie ze straszeniem karą Boską, świadczy o niechęci szlachty do wojen zaczepnych. Bo też mało było chętnych do płacenia pieniędzmi i życiem za zdobywanie cudzych ziem. Nawet w sytuacji, gdy wojna prewencyjna zapobiec mogła, jak w tym wypadku twierdził Palczowski, większemu nieszczęściu. By zachęcić do wyprawy Palczowski opisuje bogactwo ziem rosyjskich i panujące tam obyczaje. Tak na początek:

Widzieliśmy tedy naprzód ziemię w granice szeroką, w żywność okwitą , w skarby i w wszelkie insze dostatki bogatą; widzieliśmy wsi, miasta, zamki i kościoły; widzieliśmy też bory, lasy, pustynie; źwierz jeden w lesie między drzewy, drugi za murami w miastach, między ścianami mieszkający i żyjący. (…)

Nie wierzmy temu, co to powiedają, że tam nie masz nic, jeno puszcze, jeziora, bagna, i że tam ustawiczna zima, deszcz i pluta. Mają tak łaskawe, a bodaj nie łaskawsze niebo aniż my. Gdzie się u nas lato i zima tak pięknie stanowi? Gdzie się u nas tak dobre jarzyny rodzą? Gdzie owoce, a mianowicie naliwy? Gdzie malony? A wszakże nie twierdzę tego o wszytkiej ziemi moskiewskiej. Wiem, że około Pskowa, około Wielkich Łuk i tam dalej ku Morzu Północnemu krainy nie barzo wesołe, zimna ciężkie, urodzaje ledwie śrzednie, a pogotowiu ku Nowej Zemli, ku Sybirowi i Morzu Lodowatemu. Ale mówię o tych krajach, któreśmy przejechali i które idą ku wschodowi, ku Azyjej.(…)

Kruszców złotych i śrzebrnych podobno nie mają – co dlatego pod wątpliwością kładę, iż może być, że są, jedno że ich Moskwa nie szuka – ani inszych metalów

In summa ta ziemia we wszystkich przyległościach we wszystkich dostatkach i bogactwach opływa. Co z tego samego łacno każdy zrozumieć może, iż acz Moskwa barzo są źli gospodarze, dlatego że nie są pewni, jeśliż starania i pracej swej zażywać będą, gdyż hospodar według wolej swej jednemu wszystko weźmie, choć jeszcze z pola nie sprzątnął, drugiemu da.

Tu zauważa zasadniczą różnicę między ustrojami Rzeczypospolitej a Rosji. W Rosji majątek, a i życie mieszkańców zależy tylko od woli cara, który może wszystko zabrać, albo dać. Rosjanin nie jest pewny, czy korzystać będzie z owoców swej pracy, więc i motywacja do pracy dołuje. W Rzeczypospolitej był wyraźny rozdział własności króla, państwa i obywateli, a od czasów Jagiełły król nie mógł nikogo uwięzić bez wyroku sądu.

Inną, fundamentalną różnicę między obu państwami, a w zasadzie cywilizacjami, opisuje tutaj:

Wszakeśmy w uszy swe słyszeli, co zaraz po onym tumulcie, koronując tego teraźniejszego hospodara swego, mówili, iż: „jeśli wolno było królowi polskiemu prowadzić na Hospodarstwo Moskiewskie Dymitra, choć prawdziwym Dymitrem nigdy nie był, czemuż i nasz hospodar tejże wolności zażywać nie ma i prowadzić też także do Polski jakiego Jagiełłowego potomka, pustosząc ziemię ogniem i mieczem?” Głupiać wprawdzie racyja. Bo i Król Jego Mość Dymitra na Hospodarstwo Moskiewskie nie prowadził, ani się to działo za rozkazaniem Króla Jego Mości, gdyż dla tego nigdy sejmu nie składał ani hetmanów swoich z nim nie posyłał, i państwo nasze nie jest takie, żeby też dobrze i potomek Jagiełłów się jaki ozwał, abyśmy go już dlatego koniecznie przyjąć musieli, mając z łaski Bożej królestwo wolne, nie dziedziczne.

Królewskie pochodzenie, prawdziwe czy nie, nie daje w Rzeczypospolitej żadnego mandatu do rządzenia. Królem zostać można tylko i wyłącznie decyzją obywateli. Tym się różniliśmy i dalej różnimy. W efekcie w Rosji:

Teraz im już własnych panów i dziedziców nie stało i z pośrzodka siebie bracią i towarzysze swe za hospodary obierają i dziwnymi sposoby pełnymi chytrości, zdrady, morderstwa do hospodarstwa przychodzą, jako niedawnych czasów Borys Hodun i teraz świeżo ten Szujski.

Carowie jednak uważają się za pępek świata, samą świętość i władzę najwyższą. Znakiem tego, opisany w Moskiewskiej Kolędzie zwyczaj mycia rąk przez cara po każdym kontakcie z obcokrajowcami.

(…) ręce ich hospodar umywał, jako więc zwykł czynić, po pocałowaniu ręki jego posłów cudzoziemskich abo też, gdy tylko do niego mówią, abo nań patrzą. Tak ich ma za niegodnych rąk i oczu swych, tak ich ma za sprośnych i plugawych, a siebie samego za tak barzo czystego, że rozumie, iż za dotknieniem się go, abo za wejrzeniem nań ma być od nich splugawiony, abo jako od bazyliszków jakich zarażony. (…) Nie czyni tego ociec święty papież. Nie czynił sam Chrystus Pan, aby się miał zaraz potym umywać, gdy nań wejrzano, do niego mówiono abo się go dotykano, choć nawet z jawnogrzesznikami obcował. A ta brzydka bestyja moskiewska, co czosnkiem, cybulą, gorzałką, potem, jako pies od kilku dni zdechły śmierdzi, a ręce ustawicznie ma splugawione krwią poddanych swoich, którym nie inaczej, jedno zawżdy tyrańsko panuje, co czyni?

Niesamowicie długi stół, przy którym Władimir Putin rozmawia ze swoimi gośćmi, tego nie przypomina?

Nie tylko boski wręcz kult cara odróżniał Rosję od europejskich monarchii. Palczowski opisał też podejrzliwość wobec obcych i izolowanie kraju przed cudzoziemcami, choćby kosztem rozwoju kraju:

(…) za czasu papieża Leona Dziesiątego niejaki Paweł Włoch, z miasta Genui rodem, wielki i przeważny kupiec, wziąwszy listy od tegoż papieża wierzące, jechał do Moskwy. Tam będąc, mieszkał dwa miesiące, pokazując panom radnym moskiewskim, jako wielkie handle z wielkiemi pożytkami w ziemi moskiewskiej prowadzić by się mogły, a mianowicie iżby wszystek handel korzenia, to jest pieprzu, goździków, cynamonu, muszkatu, czym się Portugalczycy i Wenetowie tak barzo zbogacili, mógł się do Moskwy obrócić, aby stamtąd do wszystkiej potym Europy korzenie szło, tym obyczajem(…)Ale moskiewski nie chciał na to pozwolić, rozumiejąc, iżby przez to drogę, nieznajomą światu, cudzoziemcom abo nieprzyjaciołom przystęp łacny do siebie ukazał. A też kniaź moskiewski niewiele pieprzu i inszego korzenia na swój stół potrzebuje, więcej czosnku a cybule.

Niesamowite. Moskwa mogła stać się centrum najbardziej lukratywnego handlu dzięki wożeniu korzeni z Indii drogą częściowo lądową, a w większości rzekami i Morzem Kaspijskim przez Moskwę do portów bałtyckich. Odległościowo bliżej, czasowo też nie gorzej, jako że Kanału Sueskiego wtedy nie było i płynąc z Indii do Europy trzeba było opływać Afrykę. No, ale wtedy różni cudzoziemcy mogliby przemierzać Rosję i ją oglądać. Ci, którzy pamiętają czasy Związku Sowieckiego raczej się nie zdziwią, a i dzisiaj trudno nazwać Rosję państwem otwartym.

Palczowski zachęca do wyprawy na Moskwę wskazując na nieustanne dążenie Rosji do ekspansji i niedotrzymywania traktatów. Przede wszystkim pokazuje słabość Moskwy i jej wojska, skrywaną agresywną retoryką, szykanami wobec posłów Rzeczypospolitej i skutecznym udawaniem potęgi. Czytając to dziś, widzimy, że nic się nie zmieniło.

Ale wracam się do onego, iżeśmy się my Moskwy po te czasy zawżdy bali, a oni nas barziej. Jednak w tym mędrzszy byli niżli my, że miasto bojaźni serce wielkie i jakieś lekkie nas poważenie nam po sobie pokazowali, despekty nam wielkie wyrządzali, któreśmy co raz to połykali, i owszem, posły do nich-eśmy słali, o pokój ich prosząc, a oni się z nim drożyli, choć im czasem ów pokój był daleko potrzebniejszy niż nam. Co mogło być potrzebniejszego i pożyteczniejszego Borysowi Hodunowi nad wieczny pokój, który mu był od nas niedawnych czasów podany? Aza by był onego i z potomstwem jego na Hospodarstwie Moskiewskim nie utwierdził? Ówdzie tracił ludzi wiele zacnych dlatego, aby się był na tym państwie i z potomstwem swym ugruntował, a przymierza od nas wiecznego przyjąć nie chciał – nie dlatego pewnie, żeby nie rozumiał być sobie i potomstwu swemu ono potrzebne i pożyteczne, ale aby niecnocie moskiewskiej i zdradzieckiemu zwyczajowi, którym pokazują, jakoby nas sobie lekceważyli, obrok dał. (…)

Bo cóż to za ludzie, którzy ani doma porządni, ani w obozie sprawni i dzielni, ani sił do boju sposobnych, ani serca w tym placu statecznego, ani rady potrzebnej mają? Za mniemaniem tylko obcych narodów coś się być zdadzą, rzeczą samą i doma nic nie są, chytrością i kłamstwem wszystko zatrzymawają.

Na dowód barbarzyństwa Moskali i bezcelowości wysyłania do Rosji poselstw i jakichkolwiek negocjacji, przytacza Palczowski to, co spotkało w Moskwie posłów króla Zygmunta Augusta:

Więc cóż tam po poślech, kędy nie to, co mają w zleceniu, sprawować mogą, ale to na nich wymóc chcą, czego potrzebują, i dlatego ich więzieniem, głodem, smrodem, przegróżkami trapią, straszą, sromocą? Posłów króla Augusta, Jana z Krotoszyna, wojewodę inowłodzsławskiego, Rafaela Leszczyńskiego, starostę radziejowskiego, i Jana Talwosza, kasztelana żmudzkiego, co tam potkało? A jakich ludzi? Azaż przed ich oczyma konie, które byli w dary przywiedli, nie rozsiekali, co się zaś im u nich podobało, gwałtem brali? Czego się nie wstydali częstokroć przed nami wspominać z urąganiem i naśmiewiskiem. To w te czasy konie posłów rąbali, rzeczy ich gwałtem brali. A teraz co? Ludzie ich mordowali, obdzierali, kradli. Zabito w tym tumulcie ludzi poselskich kilku, drudzy nago tylko do dworu poselskiego przybiegli. Pokradziono ich potym przez trzydzieści : i jeszcze by ich byli więcej ci kanibalowie moskiewscy pokradli, byśmy byli tak wielkiej straży około siebie nie miewali.

Opis potraktowania królewskiej delegacji robi wrażenie. Po niespełna pół tysiącu lat głowę polskiego państwa spotkał w Rosji gorszy los.

Wzywa więc do ruszenia

przeciwko dziedzicznemu nieprzyjacielowi, który niewinną krew braciej naszych, pokojem ich ubeśpieczywszy, rozlał, który przymierza nam postanowionego nigdy nie trzymał, ale pod ten czas nawięcej zamków i prowincyj nam brał, i który tylko tytułem chrześcijańskim jest pokryty.

Zaprawdę, wojną z tym narodem, nie traktaty postępować i rozprawiać się potrzeba! Nie posłów by do nich słać, ale trębaczów!(…)

Nie bójmy się tego marnego i nikczemnego narodu, nie strachajmy się wielkości ich, którą samą walczą. Nie na gromadzie i wielkości ludzi moc i potęga, ale na męstwie i dzielności należy.

Opisuje też fatalny stan rosyjskiej armii, ubogie uzbrojenie, brak doświadczenia bojowego i ducha walki Moskali. Przypomina też dotychczasowe polskie zwycięstwa zwykle odniesione przy dużej dysproporcji sił na korzyść wroga.

Czego nam wżdy nie dostaje? Czego się boimy? Azaż nam to pierwsza z Moskwą się potykać i wielkość ich niezliczoną małą liczbą na głowę porażać? Rzecze kto, iż nie mamy się czym przechwalać, ponieważ nam Moskwa wiele zamków i miast wzięli, które jeszcze do tych czasów przy nich zostają. Tak jest, iż nam wiele zamków i miast pobrali, ale trzeba wiedzieć jako. Nie męstwem abo dzielnością jaką, ale zdradą i chytrością pod przymierzem. Lecz gdy kiedy z nami wręcz poszli, nigdy nie wskórali, i owszem, zawżdy przegrawali. Czego świadkami są wszystkie bitwy, któreśmy kiedykolwiek z nimi mieli.

Palczowski nie przesadza. Zapewne pamięta nie tak odległe zmagania w czasach króla Batorego, jak rekordowy – jak dziś powiedzielibyśmy – wynik bitwy pod Mohylewem, gdzie dwustuosobowy oddział husarii bronił miasta przed ocenianą na 30 – 40 tysięcy szabel armią moskiewską, nie chowając się za murami, lecz ruszając do boju w otwartym polu. Gdy po siedmiu godzinach zmagań, przybyła odsiecz w ilości około trzystu dragonów, Moskale uciekli za Dniepr. Zresztą jego słowa potwierdził kilkanaście miesięcy po ich opublikowaniu hetman Żółkiewski w bitwie pod Kłuszynem rozbijając wojska moskiewsko – szwedzkie przy użyciu kilkukrotnie mniejszej armii.

Najciekawsze jest u Palczowskiego to, że nie poprzestaje on na wzywaniu do pobicia Moskwy. Kreśli też plan wykorzystania przyszłego zwycięstwa, z czym często mieliśmy w naszej historii duże problemy. Oto jak wyobraża sobie Palczowski Rosję pod rządami Rzeczypospolitej:

Naprzód miasta przednie, jako Nowogród Wielki, Psków, Wielkie Łuki, Smoleńsk, Jarosław, Kazań, Astrachań i insze, przykładem miast pruskich – Gdańska, Torunia, Elbinga i inszych – wolnymi uczynić, z wyznaniem jednak najwyższej zwierzchności Króla Jego Mości i pożytkiem jakowym Rzeczypospolitej należącym. Tak by się spólnie na się oglądać musieli i ci, którzy by między onymi miasty mieszkali, i miasta, które by także pośrzodku onych były, jako to widzimy w Niemcych i kędy indziej, że wolne miasta hamują książąt od pospolitej opresyjej i tyraństwa, książęta zaś wolne miasta od rebelizyjej, jeden drugiego na wodzy trzymając, aby z powinności wykroczyć i nazbyt wierzgać nie mógł, skąd by się jakie zamieszanie w rzeczypospolitej stać miało. Potym do miejsc tamtych pustych ludzi narodu naszego, tak szlacheckiej, jako i pospolitej kondycyjej, nawieźć i nimi miasta one na kształt kolonij onych rzymskich osadzić, aby zatym w tamtych krajach potęga naszych większa była, a zwłaszcza gdzieby zamki pograniczne – w starostwa je obróciwszy i z włościami pewnymi jurysdykcyjej królewskiej zostawiwszy – w ludzie, w żywność, w strzelbę dobrze opatrzone dzierżeli,(…). A ostatek ziemie, rozdzieliwszy ją na pewne części i dzierżawy, w lenne prawo rozdać narodowi nie tylko swojemu, ale i moskiewskiemu, przypuściwszy ich do praw i wolności naszych, tego jednak przestrzegając, aby jeden nad drugiego mało był możniejszy dla posiedzenia drugich, ukrzywdzenia, praktyk, konspiracyjej. A ci, którzy by takowym prawem te części ziemie i dobra trzymali, już by poddanym swoim tak ciężkimi nie byli, nie pustoszyliby tych dóbr, ale by się z tym jako z swym własnym obchodzili, nie tylko sobie samym dogadzając – nie tak, jako starostowie dożywotni, którzy nic nie dbają, by się miało starostwo po śmierci ich zaraz wniwecz obrócić – ale i na potomstwo się oglądając. Zaczym by się solewacyjej i pospolitej rebelizyjej uść mogło. Bo pospólstwo, któremu się sprawiedliwie panuje i które w pokoju żyje, a chleba ma dosyć, nie może słusznie narzekać i o rebelizyjej myślić. 

„Przypuścić ich do praw i wolności naszych”  dla Palczowskiego, a zapewne też i odbiorców jego broszury, było naturalne i oczywiste. Tak postąpiono na Litwie, w Prusach, Inflantach. Jakże to jednak różne od traktowania zdobytych ziem przez Rosję. Wtedy i dzisiaj.

Warto czytać Palczowskiego, choć ze względu na staropolski język czyta się trudno. Czterysta z górą lat minęło a to, co opisał, dalej aktualne.

Ostatnie wpisy autora