Jak na złość, nie było ich w domu. Do Niegodzic nie miałem po co wracać. Była przecież Justyna, jej matka i Ilza. Od Marty dowiedziałem się, że miały wyjechać dopiero wieczorem. Postanowiłem zjeść obiad w barze Polski Smak niedaleko Bagateli, zaliczyć dwa razy Planty i jechać do Brycha. Na szczęście był w Targu i nie zamierzał nigdzie wyjeżdżać.
- No to pokaż, co tam masz – powiedział, przygryzając zębami jedną stronę wąsów.
- Co chcesz najpierw zobaczyć?
- Po kolei, najpierw twoje pismo.
Czytał w skupieniu, dalej gryząc wąsy.
- Co to ma być? Literatura przepiękna pod tytułem „Skarga Skrzywdzonego Chłopa na Żonę Występną a Krnąbrną”? Chcesz wzruszyć Wysoki Sąd, żeby razem z tobą się popłakał?
- Sędzia i tak tego nie przyjął. Mam siedem dni na złożenie właściwego wniosku.
- No to masz szczęście. Pokaż ich pismo.
Znowu oddał się lekturze. Początkowo zmarszczka poprzeczna na jego czole pogłębiła się, ale potem wygładziła się zupełnie. Na jego prawniczym obliczu pojawił się uśmiech.
- Po pierwsze, tak masz napisać, jak prawnik Justyny. Wyraźnie, czytelnie, taki sam układ strony, po prostu tak samo, tylko z inną treścią. Po drugie, Mały, ty jesteś w czepku urodzony, poszli w stronę religijną.
- Mam jeszcze opinię kuratora sądowego, same kłamstwa. Znowu zabrał się do czytania.
- Opinia kuratora jest ważna dla sądu – powiedział. – Swoją drogą to jakaś stuknięta feministka. To mało, że sam prasujesz swoje rzeczy. Może miałbyś jeszcze prasować siedemnastoletnim córkom majtki? O razu widać, że jest po stronie Justyny, tylko dlaczego? Nic nie przychodziło mi do głowy. Nagle doznałem olśnienia i pacnąłem się otwartą dłonią w puste czoło.
- Czy kuratorzy sądowi mają swoje rejony?
- Tak, dlaczego pytasz?
- Bo już wiem, skąd taka opinia. Justyna miała wcześniej kontakt z kuratorem przy okazji załatwiania rodziny zastępczej dla koleżanki naszych córek. Założę się, że to ta sama baba.
- Sprawdź to. Jeśli tak, to nie podważaj jej wiarygodności, sąd tego nie lubi, tylko wykaż, że w sposób niezamierzony uległa manipulacji ze strony Justyny.
- Okej.
Znowu rozrysowaliśmy na kartkach plan pisma sądowego, główne tezy i dowody.
- Tylko pamiętaj, żadnej literatury – powiedział na koniec. – A teraz chodź, pokażę ci nasze cudowne źródełko.
Cudowne źródełko znajdowało się o pięć minut drogi od kancelarii, w ogrodzie na tyłach kościoła. Nikogo tu nie było, oaza spokoju niedaleko rynku.
- Jadwiga mówi, że tak cudownie działa, bo zawiera minerały z kości umrzyków – roześmiał się Brychu. – Podczas ostatniej powodzi ziemia powyżej osunęła się i odsłoniła stary cmentarz.
Może sami święci tu leżą. Może.
Zamilkł na chwilę.
- Wiesz, mam ostatnio duży problem. Jak tylko zaczynam się modlić, zaraz nachodzą mnie nieprzyzwoite myśli i to tak intensywne, że przestaję się modlić, żeby nie popełnić bluźnierstwa. Nie wiem, jak sobie z tym poradzić.
- Po prostu nie przestawaj się modlić, a złe myśli same od ciebie odejdą.
- Pewnie masz rację, muszę spróbować. Spacerowaliśmy ogrodową alejką.
- Byłbyś w stanie sprawdzić, co dzieje się z Moniką, szwagierką Zenka, czy jej się w końcu jakoś ułożyło?
- Pewnie tak, gdybym bardzo musiał – zdziwił mnie tym pytaniem.
- Monika… bardzo się jej pogmatwało życie. Zenek – trudno mówić, żeby mu się ułożyło. Dziewczyny żyją same, choć razem i nie sądzę, żeby były szczęśliwe. I ja. Jedna rzecz nas łączy. Jak myślisz, co to może być?
- Talerzyk.
Zdziwiłem się pewnością w swoim głosie. Nie zdążyłem nawet pomyśleć nad odpowiedzią.
- Talerzyk.
Uważnie mi się przyglądał. Ale nie zamierzał gratulować trafnej odpowiedzi.
- To było w akademiku na Śliskiej. Wywoływaliśmy razem duchy, ale jakoś nam nie szło, chyba byłem najbardziej sceptyczny. W pewnym momencie Monika zapytała: „Duchu, czy ktoś w tym gronie ci przeszkadza?”. Dostaliśmy potwierdzenie, ktoś duchowi przeszkadzał.
„Kto to jest, duchu?”, zapytała znowu Monika. I wtedy stało się coś dziwnego. Talerzyk wpadł w wibracje, a potem z impetem uderzył w moje piersi, aż pękł na pół. Wybiegłem z pokoju. Nigdy więcej nie wziąłem udziału w seansie spirytystycznym. Ale mam wrażenie, że ledwie udało mi się wykpić.
Brychu nie potrzebował pocieszenia. Po prostu chciał o tym opowiedzieć. Taka niewinna akademikowa zabawa, wywoływanie duchów. Sam, przypadkowo wchodząc do pokoju obok, wziąłem udział w czymś takim. Dwie osoby się powtarzały, Zuza i Malina. Ponieważ Monika dwa lata wcześniej wyjechała do Gdyni, wyglądało na to, że Dziewczyny nie za bardzo przejęły się rozbitym na piersiach Brycha talerzykiem. Zamiast Moniki główną rolę w seansie odgrywała Róża. Twierdziła, że byłbym dobrym medium, do tego stopnia się zaangażowałem. Miała coś takiego w wyglądzie, że nie tylko nie wziąłem już więcej udziału w zabawie z talerzykiem, ale na dodatek bałem się jej przez następne trzy lata.
- No to pospacerowaliśmy – powiedział Brychu. – Czas wracać do rzeczywistości. Dobrze napisz swój wniosek i pamiętaj, żeby nie przekroczyć terminu siedmiu dni, bo sąd w ogóle może go odrzucić; i pamiętaj o świadkach. Najpierw sam ich przesłuchaj, żebyś nie miał w sądzie niespodzianki. Po tym papierze od dominikanów przydałoby się dla równowagi zdobyć opinię księdza Posackiego. Tak czy inaczej, na samą książkę w ostateczności też się powołaj. I nie zapomnij o proboszczu.
Wróciłem do domu późnym wieczorem. Jeszcze tylko Magda nie spała.
- Nie wiesz, co to za cyrk z krzyżem na szyi twojej matki?
O rany, znowu się czepiasz. Dostała go od Ilzy. Tak szczęśliwie przed samą rozprawą, że musiała nim świecić w sądzie? Naprawdę muszę się już położyć, dobranoc. Też idź spać. Jeszcze jedno. Ta kuratorka, z którą twoja mama załatwiała rodzinę zastępczą dla Anielki, nie nazywa się przypadkiem Piesińska? Nazywa. Jeśli ci o to chodzi, to ta sama osoba, która nas odwiedziła tydzień temu. Szkoda, że o tym nie wiedziałem. Nie pytałeś, a coś to zmienia? Nie, nic. Dobranoc i zmów pacierz. Nie musisz mi przypominać, zawsze mówię. Dobranoc.
Zatem jedna rzecz się wyjaśniła. Sam napisałem w imieniu ciotki Anielki pismo do sądu, a w jego sentencji, że najważniejsza dla wychowania dziecka jest miłość najbliższej rodziny. Skoro nie ma już matki, ojca, babki, a teraz nawet dziadka, to jednak lepszą rodziną będzie dla niej ciotka z wujkiem niż chwilowa konkubina zmarłego ojca. Justyna musiała się widzieć co najmniej kilka razy z kuratorką. Odegrała tak pozytywną rolę, któż nie chciałby jej pomóc w obronie przed wariatem? Teraz musiałem znaleźć dowody na odbycie przez Justynę kursów z manipulacji ludzkimi zachowaniami, bo że przeszła takie, i to z wyróżnieniem, wiedziałem od niej samej. A potem udowodnić, że wszystkimi manipuluje. Jeżeli udowodniłbym co najmniej dwa przypadki, straciłaby wiarygodność przed sądem. Najpierw jednak postanowiłem przesłuchać moich świadków.
- Jak to przeżyłeś, biedaku? – zapytała Malinka następnego dnia tuż przed południem.
- Spokojnie, po półgodzinnym pobycie w Łagiewnikach nic nie było mnie w stanie ruszyć – roześmiałem się.
- Widzę, że masz przy sobie sporo papierów – powiedziała Zuza. – To sądowe?
- Tak. Chcesz przeczytać? Skinęła głową.
- To po kolei.
Najpierw czytała Zuza i podawała Mali kolejne kartki. Skończyła już, gdy Mala męczyła się z ostatnią. Wykorzystała wolną chwilę na zapalenie papierosa. Odczekała, wypalając prawie całego, i gdy tylko Mala skończyła, powiedziała:
- Wiesz, Kuba, myślę, że nie będę dobrym świadkiem – jakimś cudem wydmuchnęła z płuc resztkę dymu. – Nie mam takiej fotograficznej pamięci jak ty.
- No co ty, Zuzka, będziesz świetnym świadkiem – uśmiechnąłem się nerwowo. – Najwyżej przypomnimy sobie parę szczegółów.
Popatrzyłem na Malinkę, chcąc spotkać jej spojrzenie, ale najwyraźniej unikała mojego wzroku. Jeszcze tydzień temu w imieniu obu zapewniała o dozgonnej lojalności.
- A co dzięki naszym zeznaniom chcesz uzyskać? – przemówiła.
- Jak to co, przecież już rozmawialiśmy. Po pierwsze, potwierdzicie zdradę Justyny, skoro się przed wami przyznała. Dzięki temu będę dowodził jej winy w rozpadzie małżeństwa.
- Ale teraz nie masz żadnego dowodu. Myślisz, że sąd będzie się interesował tym, co było pięć lat temu?
- Po drugie, potwierdzicie, że częstowała was marihuaną.
Po co ci ta marihuana? – zareagowała nerwowo Zuza. Bo dzięki temu będę mógł wystąpić o zbadanie jej na obecność narkotyków w organizmie. Skąd mam wiedzieć, jak ta pieprzona sekta werbuje członków i czy cały czas czegoś nie bierze? To było tylko raz, w Czarnej – powiedziała Zuza. – Pamiętam, że mnie bardzo potem bolała głowa, a schodzenie z hali trwało wieczność. Ale nawet nie pamiętam, czy to Justyna mnie poczęstowała. A może coś jej wypadło, a ty schyliłaś się, podniosłaś i pomyślałaś, a może by tak zapalić? Nie drwij, po prostu nie pamiętam. Poza tym przypominam ci, że pracuję w szkole i ten incydent z narkotykami mógłby mi zaszkodzić. Przecież wystarczy powiedzieć, że się nie zaciągałaś. To naprawdę może mi zaszkodzić.
Ostatnie zdanie wypowiedziała rozdygotanym głosem. Nie za bardzo rozumiałem, o czym mówi. Przywódcy światowego mocarstwa odkrycie takiego incydentu z młodości tylko przysporzyło popularności, a jej, biednej nauczycielce, miałoby zaszkodzić? Jedna chwila słabości sprzed piętnastu lat?
- A ty nigdy nie paliłeś trawki? – zapytała Malinka.
- Raz spróbowałem, ale to straszne gówno, tylko głowa mnie bolała.
- No widzisz, też paliłeś.
- Nie widzę problemu, żeby sąd również mnie kazał przebadać. Zgłaszając was na świadków, oczekuję tylko, żebyście powiedziały prawdę, nic więcej.
Zapadła głucha cisza, zupełny bezruch. Nawet Zuza powstrzymała się od zapalenia kolejnego papierosa. Miałem nadzieję usłyszeć za chwilę zapewnienie, że przez moment miały wątpliwości, żebym to zrozumiał, ale są ze mną.
- Może lepiej będzie, jak poszukasz sobie innych świadków – odezwała się zduszonym głosem Malinka. – Takich, którzy powiedzą przed sądem to, co chcesz.
W najgorszych przypuszczeniach nie spodziewałem się usłyszeć czegoś równie obrzydliwego.
- Dosyć tego! Mam to wszystko w dupie, jesteście świadkami i koniec. Co powiecie w sądzie, to już jest wasz problem i waszych sumień, nie mój.
Nie miałem ochoty ani chwili dłużej pozostawać w ich pieprzonym mieszkanku. Nie miałem też najmniejszej ochoty wyjaśniać, że w moim nowym piśmie do sądu wcale nie zamierzałem podawać ich jako świadków na narkotyki. Profesor w zupełności mi wystarczał. Na dodatek miał bardzo dobrą pamięć, o czym zapewnił mnie przed odroczoną rozprawą z połowy marca. Miały być tylko świadkami na zdradę małżeńską. Ale po wstępie Zuzy, że nie byłaby dobrym świadkiem, postanowiłem tego nie mówić. Przez tyle lat byłem mistrzem w podtrzymywaniu fikcji, ale to już był zamknięty rozdział. Idąc Krowoderską w stronę Rynku pojąłem wreszcie, że nie mogę być pewny tych swoich znajomych.
