- No to teraz się zacznie – powiedział Brychu. – Musisz się dobrze przygotować. Siedzieliśmy w jego kancelarii przy nowotarskim rynku i piliśmy kawę z fusami. Byłem opalony, wypoczęty i zadowolony z siebie. Nawet fusy na języku nie były w stanie popsuć mi humoru. Pokazałem mu moje pismo do Justyny. Czytał, a poprzeczna zmarszczka na jego czole stawała się coraz wyraźniejsza.
- Czyś ty zwariował? Przecież ona zaraz poleci z tym do sądu. Prosiłem cię, żebyś nie podejmował żadnych kroków bez porozumienia ze mną.
- Więcej nie będę.
- I wiesz co, koniecznie poszukaj sobie prawnika z Krakowa. Moje dojazdy za drogo by cię kosztowały. Poza tym znam Justynę; to nie byłoby rozsądne, żebym był twoim adwokatem.
- Już to przemyślałem. Sam będę się bronił. Chcę tylko, żebyś udzielił mi instrukcji, jak mam się zachowywać w sądzie.
- No dobrze – dmuchnął w wąsy. – Masz kartkę i pisz. Niemniej pomyśl o adwokacie, Justyna na pewno będzie miała swojego.
Pełną godzinę trwał jego instruktaż. Pieczołowicie zapisywałem uwagi, jak mam się ubrać, jak mówić, jak zwracać do sądu. Wreszcie podyktował mi konspekt pisma, odpowiedzi na pozew Justyny. Miałem nadzieję, że niczego nie pominął.
- I pamiętaj, zrób dokładnie tak, jak cię poinstruowałem. Sędzia na pewno się nie ucieszy, ale nie będzie miał wyjścia i przełoży rozprawę. I tu już nie ma mocnych, najwcześniej na wrzesień.
- Dzięki, odezwę się zaraz po rozprawie.
- Trzymaj się.
Nie odkrył mojej pułapki. To dobrze. Miałem nadzieję, że prawnik Justyny poradzi jej to samo – żeby poleciała z moim pismem do sądu. Miałem już parokrotnie do czynienia z prawnikami. Pierwszy raz w zamierzchłej przeszłości, przy okazji mojego ukrywania się. Prawnika, który dzięki życzliwości krakowskiej kurii miał mnie reprezentować, zaskoczyłem przy śniadaniu. Może jeszcze nie wypił kawy, bo zapytał od razu, czy za mną chodzą, a ręce latały mu ze strachu. Nie mniej przerażonym spojrzeniem wpatrywała się we mnie jego żona. Uznałem od razu, że nie może mnie reprezentować ktoś, kto boi się bardziej niż ja – ścigany. Ten, którego wybrałem na swojego obrońcę, był zupełnie inny. Taternik. Już po krótkiej rozmowie byłem pewny. Nie bał się niczego. Zadzwoniłem prosząc, żeby mnie bronił, ponieważ u jego kolegi wyśledziłem potencjalny konflikt interesów. Reprezentował mojego kolegę, chcącego iść na ugodę. Zgodził się od razu. Jednak gdy zadzwoniłem do niego miesiąc później, pojawiły się wątpliwości.
- Witam, mówi Kuba Czerwiński.
- A, to pan, skąd pan dzwoni? – zapytał.
- Z budki – odpowiedziałem zgodnie z prawdą i już nie przeciągałem rozmowy. W roku ’90 przestał być adwokatem. Po tym, jak się okazało, że jest nie tylko adwokatem gangu samochodowego, ale też jego consignore.
Moje doświadczenia z młodości nie były budujące. Potem spotykałem prawników przy okazji prowadzenia firmy. To byli prawnicy kontrahentów. Mieli głowy nabite paragrafami
do tego stopnia, że potrafili odczytać jedynie literę prawa, a nie jego ducha. Zawsze występowali w interesie swoich firm i formułowali umowy dla mnie niekorzystne. Wystarczyło im to wykazać, odwołując się do symetryczności prawa, aby bez chwili refleksji zmieniali zapisy na kompletnie niekorzystne dla swoich firm. Nie wykorzystywałem tego, bo nie zamierzałem dorabiać się na kruczkach prawnych. Brychu był taki sam jak jego koledzy po fachu. Znał procedury, paragrafy i wiedział, jak zachowywać się w sądzie. Sprawdziłem go przed paru laty, gdy mój dostawca maszyn zastosował drobną sztuczkę w umowie. Termin dostawy był przewidziany na 28 sierpnia. Od terminu dostawy obowiązywał mnie termin płatności. Ale w dalszej części umowy termin płatności miał mnie obowiązywać już nie od dnia faktycznej dostawy, ale od 28 sierpnia, niezależnie, czy maszyny dotarłyby do mnie, czy nie. Umowę dałem do przeczytania Brychowi, który niczego nie zauważył, jeszcze pochwalił prawnika za rzetelne spisanie. Cóż, nie powiedziałem mu wtedy, co sądzę o nim jako prawniku. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że byłby o wiele lepszym masarzem. A przed dostawcą odegrałem taką scenę, podpierając się rzekomą opinią mojego prawnika, że natychmiast zmienił treść tego paragrafu, a całą umowę na niekorzystną dla siebie. Uchroniło mnie to po roku przed stratą dwudziestu tysięcy złotych.
Gdy dojeżdżałem do Krakowa, samochód sam skręcił na Łagiewniki. Zrobił mu się już z tego nawyk jak starej szkapie. Tylko oficjalnie byłem taki opanowany. Częste wizyty w Sanktuarium ratowały mnie przed rozpaczą, a modlitwa napełniała moją duszę nadzieją na szczęśliwe rozwiązanie. Przy okazji odwiedzałem księgarnię katolicką. Szukałem książek, dzięki którym mógłbym poukładać swoje doznania związane z wiarą. Od dłuższego czasu stałem się wrażliwy na bezmyślne, zwyczajowe wzywanie Imienia Bożego. Wystarczyło, że ktoś westchnął: „Boże, Boże” albo bezmyślnie rzucił „Jezus Maria”, a mnie bolało to, jakby mnie ktoś szczypał. Nigdy wcześniej tak nie słyszałem i nie czułem. Tutaj na półce znalazłem włoską mistyczkę Marię Valtortę, która podobnie opisywała swoje odczucia na daremne wzywanie Imienia Bożego. Podobnie jak ją, mnie również dużo mniej oburzało wulgarne słownictwo.
Teraz szukałem czegoś, co pomogłoby mi w sądzie. Nie minęło pięć minut, gdy znalazłem. Stałem przed książeczką formatu A5, zatytułowaną PsychologiaaNewAge. Jej autorem był jakiś jezuita nazwiskiem Posacki, który – patrząc na zdjęcie – równie dobrze mógłby być drwalem. Przejrzałem spis treści i oniemiałem. Ksiądz doktor Aleksander Posacki rozpatrywał wszystkie stany, które jako swoje indywidualne przeżycia opisywała Justyna. Według niego te praktyki były narażaniem się na ingerencję szatańską, na opętanie. Podobnie jak joga, którą ćwiczyłem od liceum, akupunktura i akupresura, z którymi również miałem do czynienia. Wyszedłem z księgarni, wiedząc, że jeszcze tego wieczora przeczytam książeczkę od deski do deski.
Właśnie rozsiadłem się w fotelu z kubkiem herbaty, gdy zadzwonił telefon. Była już prawie dziesiąta.
- Dobry wieczór, nazywam się Justyna Piesińska i jestem kuratorem sądowym. Chciałam z panem porozmawiać.
- Jutro z samego rana wyjeżdżam na kilka dni, może umówmy się po moim powrocie?
Tak się akurat złożyło, że jestem w Niegodzicach, będę za pięć minut.
Kurator sądowy i pierwsza jaskółka – kobieta. Justyna uprzedzała mnie o wizycie kuratora jeszcze przed wyjazdem nad morze, ale na śmierć o tym zapomniałem. Zresztą Brychu też o tym wspominał.
- Nie zajmę panu dużo czasu; nawiasem mówiąc, spieszę się.
- Witam, proszę.
Brychu poinstruował mnie, że mam być uprzejmy wobec kuratorki. Jej wywiad środowiskowy był ponoć bardzo ważny dla sądu. To była nawet miła rozmowa. Pytała o dzieci, szkołę i o lekarza rodzinnego, aż dziw, że pamiętałem nazwisko lekarki. Jedynie w chwili, gdy zasugerowała, że może nie dobraliśmy się pod względem charakterów, popatrzyła na mnie dziwnie. Jakby dając do zrozumienia, że to chyba ja się nie dobrałem. Może była rozwódką? Potem jeszcze porozmawiała osobno z każdą córką. Jej wizyta trwała niecałe pół godziny. I o te pół godziny odwlokła moje czytanie.
Następnego dnia rano swoje pierwsze świadome kroki skierowałem w stronę Ignatianum – uczelni, na której wykładał ksiądz doktor. To byłoby zbyt cudowne, gdybym go zastał. Na szczęście portier to na uczelni też ważna persona. Zdobyłem od niego telefon i adres mejlowy księdza Posackiego.
- Ksiądz Aleksander rzadko odbiera telefony – powiedział na pożegnanie. – Lepiej do niego napisać.
Niestety miał rację, o czym przekonałem się po całym dniu odsłuchiwania automatycznej sekretarki. Nie pozostało nic innego, jak wysłanie listu. W rubryce Tytuł napisałem: prośba o pomoc. Z prośbą o opinię przesłałem mu zapiski Justyny, których brzydził się przejrzeć, a nawet wysłuchać inny jezuita, ksiądz Zalewajko. Do rozprawy pozostały jeszcze dwa tygodnie. Miałem nadzieję, że w tym czasie zakonnik skontaktuje się ze mną. Postanowiłem odwiedzić moje koleżanki. Zrobiłbym to od razu po moich majowych wakacjach, ale po powrocie spotkałem Zuzę przy figurce Ojca Pio. Modliłem się i tylko kątem oka zauważyłem, że ktoś podchodzi.
- Witaj, przyszedłeś kupić balsam?
Było w tym pytaniu na tyle dużo stwierdzenia, że nie odpowiedziałem. Przyszedłem po prostu się pomodlić. Ucieszyłem się ze spotkania. Morskie fale wypłukały z mojej duszy wszelkie pretensje do nich.
- Idziesz może w stronę Rynku? – zapytała. – Śpieszę się na ósemkę.
- Jasne, chętnie cię odprowadzę.
Ledwie zdążyliśmy przejść parę kroków, gdy zapytała:
- A co słychać u twojej żony?
Akcent na ostatnie słowo był tak wyraźny, że nie dało się go nie usłyszeć. Był tak samo wyraźny, jakby wyszedł z ust samej Wiktorii. Zrozumiałem. Podczas gdy ja wczasowałem się nad morzem, moi znajomi zawiązali misję dla ratowania naszego małżeństwa.
- Jak chcesz się dowiedzieć, to zadzwoń do niej albo się z nią spotkaj. Dlaczego mnie pytasz?
- Nie obruszaj się. Nie miałam niczego złego na myśli.
Na szczęście przystanek ósemki jest oddalony o zaledwie sto metrów od budynku zakonu kapucynów. Z wyraźną ulgą zobaczyłem nadjeżdżającą ósemkę.
- Wpadnij do nas, zapraszamy.
Na pewno zajrzałbym do nich jeszcze tego samego dnia, gdyby nie ta dziwaczna rozmowa. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak się na mnie wyżywają. „Taki jesteś pewny tych swoich znajomych?” Byli moimi znajomymi ładnych parę lat, zanim poznali Justynę. Kolegami, przyjaciółmi, niektórzy tak chcieli się tytułować. A teraz może i chcieli mi pomóc, ale na swoich warunkach. Nie wierząc w moje słowa, podważając moje ostatnie doświadczenia, zdradę Justyny wobec Boga, ale nawet tę małą, ludzką, względem mnie, która doprowadziła ją do otworzenia się na zło. Istotą każdej przyjaźni jest lojalność. Jeżeli jej zabraknie, nie ma mowy o przyjaźni. Ogarniały mnie coraz większe wątpliwości w lojalność moich, nazwijmy ich tak, jeszcze przyjaciół.
- Długo nas nie odwiedzałeś – powiedziała Zuza. – Mam nadzieję, że się nie obraziłeś.
- No co ty? Nie chcę tylko wysłuchiwać, że powinienem pomóc Justynie, jakby to ona była ofiarą, a nie sprawcą, bo takie rozumowanie jest dla mnie chore.
- W pewnym sensie jest ofiarą – powiedziała Malinka.
- I właśnie dlatego nie chcę o tym rozmawiać. Przy takim rozumowaniu każdy przestępca jest ofiarą, a co z rzeczywistymi ofiarami? Może zacznijmy ich traktować jak przestępców? Przecież gdyby nie weszli przestępcom w drogę, to by nie zostali zamordowani.
- Nie przesadzaj.
- Wcale nie przesadzam, to tylko logika. Trzymając się logiki, jako ten, który ma właśnie podrzynane gardło, nie widzę sposobu, żebym mógł pomóc Justynie. Jeśli jednak wy potraficie, to proszę bardzo. Ale nie wyżywajcie się na mnie.
- Justyna nas odwiedziła na początku maja – powiedziała Zuza i oczywiście odpaliła papierosa.
- I co?
- Zapytała, czy pokazywałeś nam jej zapiski, ale wyparłyśmy się.
- Nie martwiła się czasem o mnie?
- Sugerowała rozwój u ciebie choroby psychicznej, wydawała się szczerze zmartwiona.
- Przyznała się do czegokolwiek?
- Tylko do tej zdrady sprzed pięciu lat. Ale twierdzi, że teraz wszystko sobie wymyśliłeś i jeśli chodzi o wiarę, i w sprawach osobistych.
- I co, uwierzyłyście jej?
- Chciałam cię zapewnić – powiedziała uroczyście Mala – że z naszej strony nie doszło do zdrady.
- To dobrze, za dziesięć dni mam rozprawę.
- Nie denerwujesz się?
- Na razie nie, to będzie bardzo krótka rozprawa – roześmiałem się. – Wy też nie musicie się na razie przejmować sądem.
Pokrótce wytłumaczyłem im pomysł Brycha.
- I jeszcze jedno – powiedziała Zuza. – Podobno proboszcz ucieszył się, że wreszcie się ciebie pozbędzie. Justyna twierdzi, że już podpisała z nim umowę na mieszkanie od lipca.
No proszę, powinno się odwiedzać znajomych. Człowiek dowiadywał się ciekawych rzeczy. Proboszcz się ucieszył. To ciekawe, właśnie jutro miałem go odwiedzić. Jednak o wiele ciekawsze było to, że uwiarygodniając się na potrzebę bieżącej chwili, sama się przyznała do zdrady sprzed pięciu lat. Do tej pory Dziewczyny wiedziały o tym tylko ode mnie. Pierwszy raz pojawiła się u nich i akurat przed rozprawą. Na sto procent próbowała zneutralizować moich świadków. Miałem nadzieję, że jej się ta sztuczka nie uda.
Księdza proboszcza złapałem w kancelarii zaraz po porannej mszy. O tym, że nie będziemy przedłużać na kolejny rok mieszkania na wikarówce, poinformowałem go, gdy chodził po kolędzie. Sam uznałem, że byłoby to co najmniej niestosowne. Teraz jednak, przy okazji wpłaty czynszu za kolejny miesiąc, postanowiłem porozmawiać o istocie naszego konfliktu. – Postanowiłem z księdzem porozmawiać, bo uważam księdza za osobę wierzącą.
Popatrzył na mnie uważnie, jakby sprawdzając, czy z niego nie żartuję.
- No to poruszył pan sedno sprawy. Wielu świeckich myśli, że największym zagrożeniem dla osoby duchownej są kobiety, karty albo alkohol i tylko niepotrzebnie się tym podniecają. A tymczasem największym zagrożeniem dla księdza jest właśnie utrata wiary.
- Słyszałem, że Justyna odwiedziła księdza.
- A tak. Była u mnie, trochę porozmawialiśmy. Zapewniała, że przecież widzę ją w kościele, że jest wierząca i praktykująca.
- Zatem najwyższy czas, żeby ksiądz dowiedział się czegoś, tylko prosiłbym o dyskrecję.
- Będzie jak na spowiedzi.
- Nie chciałem o tym mówić, ale skoro usłyszał już ksiądz jedną wersję, to opowiem swoją. Słyszał ksiądz o New Age?
- A oczywiście – powiedział dumnym tonem. – Nawet dostaliśmy z kurii instrukcję, gdzie New Age jest wymieniany jako główne zagrożenie dla religii chrześcijańskiej.
- No właśnie, to teraz powiem, Justyna przeszła inicjację do newageowskiej sekty podczas pobytu w Egipcie.
- A jest pan całkowicie pewny? Bo pani Justyna twierdzi, że ją pan bezpodstawnie oskarża.
- Niestety jestem, mam jej notatki. Wie ksiądz, jak dowiedziałem się, że zdradziła Pana Boga?
- ???
- Modliłem się o jej szczęśliwy powrót przy relikwiach świętej Faustyny i gdy prosiłem o jej wstawiennictwo usłyszałem: „Nie”…
- To nie mogło pochodzić od Pana Boga – przerwał mi. – Modlić się można za każdego.
- Po chwili usłyszałem wyjaśnienie tego: „Nie… Justyna popełnia zdradę religijną”. W ten sposób dowiedziałem się, o co tak naprawdę powinienem się modlić.
- Jak wam mogę pomóc? Jedno mówi to, drugie co innego. Może chcielibyście razem ze mną porozmawiać, przecież jesteście małżeństwem.
- Nie uważam już Justyny za swoją żonę.
- Jak to, przecież przysięgał pan przed Bogiem być razem, aż was śmierć nie rozłączy.
- Przed Panem Bogiem, ale nie przed egipską mumią. Jest w Starym Testamencie taki fragment, gdzie Pan Bóg zwraca się do Żydów, żeby przebili włóczniami łona niewiernych kobiet.
Ale oni i tak Go później zdradzali. Chciałbym tylko, żeby ksiądz nie dał się zmanipulować Justynie. Za parę dni mamy sprawę w sądzie o separację z jej pozwu i nie chciałbym usłyszeć, że nawet ksiądz proboszcz jest po jej stronie. Ja miałbym rozbijać rodzinę!? – obruszył się. – Jeśli byłaby jakakolwiek próba przypisania mi takiego zamiaru, jestem gotów zaświadczyć, że o niczym takim nie ma mowy. Będę o tym pamiętał. Jest pewien ksiądz, który mógłby mi pomóc, ale nie odbiera telefonów. Wykłada w Ignatianum i w tej małej książeczce opisał dokładnie, na czym polega niebezpieczeństwo New Age dla naszej wiary.
Pokazałem mu książkę. Oglądał ją przez chwilę.
- Jeżeli jest wykładowcą w Ignatianum, to na pewno mieszka w Przegorzałach, obok kościoła Chrystusa Króla. Gdzieś mam telefon do nich, niech pan zaczeka.
- Byłbym wdzięczny.
Przez chwilę odwracał strony w notesie.
- Mam, to numer na centralę.
Zapisałem telefon na obwolucie książki.
- Podtrzymuje pan swoje stanowisko w sprawie wypowiedzenia najmu?
- Tak, byłoby chyba nie na miejscu, żeby rozbita rodzina mieszkała prawie na dziedzińcu kościelnym.
Pożegnałem się z proboszczem i wróciłem na wikarówkę. Musiałem szybko się zbierać, czekała mnie podróż do Warszawy, a tam rozmowa z moim kluczowym klientem. W grę wchodził kontrakt wartości sześciuset tysięcy. Podpisanie go mogłoby mi rzeczywiście ustawić rok na ogromnym plusie. Już nad morzem dostałem informację, że chcą negocjować. Miesiąc wcześniej nie mogliśmy się dogadać co do ceny. Poprzednią kalkulację robiłem jeszcze z Kierownikiem, ale jego wyceny były nierzetelne. Na dwa dni przed moim wyjazdem nad morze zabraliśmy się jeszcze raz za wycenę tego wzoru, tym razem z Kamilem. I wyszło nam, że możemy zarobić na każdej sztuce co najmniej złotówkę, wyceniając wyrób na 3,35 złotego. Nowa wycena zakładała, że podobnie jak w zleceniu, które właśnie realizowaliśmy, dokonamy nowatorskich rozwiązań w sposobie szycia. Kamil zakładał, że w tym przypadku również sobie poradzi. Nie pozostawało nic innego, jak mu uwierzyć. Zaraz po odejściu Kierownika zastosowaliśmy rozwiązania, które wcześniej były nie do zrobienia. Również takie, że jedna szwaczka zastępowała pracę dotychczasowych pięciu. Koszt całkowity usprawnienia wyniósł pięćset złotych za kawałek stalowej blachy i robociznę majstra. Stefana już nie musiałem przekonywać. Pozostawały szwaczki, czyli tak zwany opór materii ludzkiej, najtrudniejszy do pokonania. Podpowiedzią, jak sobie z tym poradzić, były moje doświadczenia z właścicielami innych szwalni. Co najmniej od trzech operujących w naszej branży usłyszałem to samo – że próbował zastosować nowe urządzenie, ale szwaczki po wypróbowaniu twierdziły, że zamiast usprawnić, tylko spowolni to ich pracę. Rozwiązanie uderzyło mnie w mózg na dwunastym kilometrze trasy, wraz z siekącym prawy policzek przedwiosennym deszczem. Odkryłem ich podstawowy błąd. Każdy z nich traktował szwaczki jak przedłużenie
maszyny do szycia. Nic dziwnego, że one traktowały ich jak przedłużenie portfela z wypłatą. Szef sobie coś wymyślił, a one mają to zrobić bez dodatkowej kasy i z pewnością, że na początku nie wyrobią nawet dotychczasowej normy. O, naiwności! Próbowały zatem, bo musiały, i po chwili twierdziły, że się nie da. Ostatnie osiem kilometrów przebiegłem w radosnym nastroju, pomimo lodowatego deszczu. Zdążyłem przebrać się w suche rzeczy jeszcze przed południową przerwą.
- Jak pewnie zauważyłyście, w naszej firmie dokonują się poważne zmiany. I nie myślę tu tylko o zmianach personalnych.
Umilkłem na chwilę, żeby mogły pozbierać myśli i przestały szeptać.
- Musimy dokonać także zmian w sposobie produkcji; usprawnień, które pomogą nam utrzymać się na rynku. A żeby konkurować z Chińczykami, musimy produkować dwa razy szybciej niż oni.
Tym razem dobiegły mnie wyraźne głosy zwątpienia.
- Wcale nie myślę o tym, żebyście dwa razy szybciej szyły. Myślę tylko o zastosowaniu urządzeń, które pozwolą nam zastąpić dwa lub trzy szycia jednym i zapewniam was, że jest to możliwe.
Popatrzyłem po hali i wyczytałem wyraźne „gadaj zdrów, my wiemy swoje”.
- Jeśli nam się to wspólnie uda, będziemy mogli wyprodukować w tym samym czasie dwa lub trzy razy więcej kosmetyczek niż obecnie. A dzięki temu każda z was, która opanuje nowy sposób szycia, zarobi dwa razy więcej.
Znowu spojrzałem zwłaszcza na twarze, które wcześniej głęboko powątpiewały w możliwość przeprowadzenia zmian. Już nie były przekonane, że nie chcą zarabiać dwa razy więcej. Wygłosiłem swoją przemowę głosem wykluczającym jakiekolwiek wątpliwości. Nie miałem wyboru. Jeśliby się nie udało, powinniśmy się żegnać z rynkiem. Jeśli pokazałbym jakiekolwiek inteligenckie rozterki, na pewno by się nie udało. I udało się. Ostatecznie klepnęliśmy cenę 3,30. Mieliśmy zapewnione cztery miesiące produkcji. Jeśli zatem chodzi o firmę, wszystko układało się doskonale. Gorzej rzecz się miała z moimi sprawami osobistymi. W domu córki coraz częściej dawały mi do zrozumienia, że jednak wierzą matce. Może i pobłądziła odrobinę, każdemu może się zdarzyć, ale przecież wszystko wróciło do normy. To znaczy wróciłoby, gdybym się tak nie zawziął. Jedyne co mogłem zrobić, to prosić, by nie angażowały się po żadnej ze stron. Ani przez chwilę jednak nie zakładały, że mogłyby mieszkać ze mną, a nie z matką. To była dla mnie najistotniejsza informacja. Ustawiała cały mój sposób obrony w sądzie i to, co rzeczywiście chciałem uzyskać od Justyny. Zwłaszcza Marysia chciała zamieszkać z mamą, a to wystarczało, żebym nie walczył o jej starsze siostry. Były już prawie dorosłe, miały swój rozum i Justyna nie była w stanie ich łatwo oszukać. Byłbym złym ojcem, gdybym swoje najmłodsze dziecko chciał pozbawić takiej ochrony.
Minęły kolejne trzy dni, a od strony Posackiego dobiegała głucha cisza. Ani nie odpowiedział na mój list, ani nie oddzwaniał, pomimo moich nagrań na automacie. Musiałem pogodzić się z tym, że żadnej osobistej pomocy od niego nie uzyskam. Jedyne co pozostało, to podeprzeć się książką. Usiadłem do komputera i zacząłem pisać. Po czterech godzinach z okładem mogłem wreszcie przeciągnąć się i przeczytać gotowy tekst.
Odpowiedźnawniosekoseparację
- W odpowiedzi na pozew o separację złożony przez powódkę Justynę Złotowską wyrażam zgodę na separację z orzeczeniem, że stroną wyłącznie winną rozpadowi małżeństwa jest powódka.
- Wnoszę o przyznanie bezpośredniej opieki nad małoletnimi dziećmi: Magdaleną, Martą i Marią Czerwińskimi mnie, gdyż powódka nie daje gwarancji ich prawidłowegowychowania.
- Wnoszę o wydanie zarządzenia odnośnie do sposobu korzystania z mieszkania w Niegodzicach, ul. Kościelna 1, przez zakazanie powódce korzystania z niego.
- Ponadto wnoszę o to, żeby koszty postępowania sądowego zostały zasądzone według norm przepisowych.
Uzasadnienie
Ad. 1. Powódka zdradziła mnie już 6 lat temu poprzez wielomiesięczny związek ze swoim kolegą z pracy (świadkowie: Zuzanna Narwaniec, zam. Kraków, ul. Witebska 3/14;Malwina Leńska, zam. Kraków, ul. Witebska 3/14).
Będąc katolikiem i kierując się jednocześnie dobrem naszych małoletnich córek, wtedy 12- letnich i 7-letniej, wybaczyłem żonie. A ona, błagając o wybaczenie, zapewniła mnie, że już nigdy tak potwornej rzeczy, jaką jest zdrada, mi nie uczyni. Przez blisko 3 lata wszystko wydawało się wskazywać, że rzeczywiście tak będzie. Po czym zaczęły się pojawiać symptomy świadczące o powrocie mojej żony do schematów zachowań i przemyśleń, które wcześniej doprowadziły niemalże do rozbicia naszej rodziny. Przede wszystkim była to próba zrzucenia odpowiedzialności za zdradę, mimo że jej temat nie był przeze mnie poruszany, na moje błędy w postępowaniu względem żony.
O obecnej zdradzie i ostatecznym porzuceniu mnie dowiedziałem się przypadkowo, wtrakcie rozpoznawania ewentualnej przynależności mojej żony do sekty i zagrożenia, jakie się z tym wiąże wobec całej naszej rodziny. Odnalezione zapiski, stanowiące w większości relacje, które powinny być przeanalizowane przez psychiatrów i specjalistów od sekt, w temacie zdrady nie pozostawiają żadnych złudzeń:
Str. 1. „…spotkałam się dziś z Jurkiem i dostałam dwa prezenty (…) smutno mi i żal – dziś powiedziałam mu o moich uczuciach i dobrze się z tym czuję… już wiem, że coś się kończy! Już wiem, że TO NIE ON. Panie Boże, pomóż mi! Pragnę prostej, czystej miłości…spokoju… spełnienia… boję się, ufam, poddaję…
Narysowałam wreszcie to, co chciałam… To już koniec… on tego nie widzi i nie czuje… Trudno! Trudno!”
Chciałbym zwrócić uwagę, że zacytowany fragment jest napisany nie przez zagubioną siedemnastolatkę, ale przez kobietę 40-letnią, matkę i żonę z 17-letnim stażem. Dlaczego Jurek nie okazał się tym właściwym mężczyzną, wyjaśnię w dalszej części, dotyczącej bezpośrednio przynależności do sekty.
I dalej, str. 4: „Jurek nie odzywa się – powtórzy się to, co poprzednio… spotka kobietę, na którą czeka, jego zachwyt jest niezwykły… to na pewno nie on – ale jest b. ważny dla mnie”. Dla lepszego zrozumienia nie tylko zdrady, ale aktualnego stanu sumienia powódki wyjaśniam,żeniejakiJurektoJerzyDolniak,od25latżonatyzBarbarą,współpracownik
Ewy Foley i animator New Age, specjalista od rebeerthingu (powtórnych narodzin),ostatnio organizujący kolejne spotkanie z Autorim – guru sekty (dokument: www.geboo.pl). Oprowadzali moją 12-letnią córkę Marię po Wrocławiu, zaprezentowani mi przez powódkę jako miłe małżeństwo. Ponieważ jednak nie dorósł on duchowo do poziomu duchowości mojejżony,modlisię onadoBogao prawdziwąmiłość, oczywiście niedoswojego męża lub męża do niej. I tę prawdziwą miłość znajduje w bezpośredniej bliskości guru podczas wyjazdu adeptów sekty do Egiptu na szkolenie z Mistrzem w dniach 16–23 września ubiegłego roku. Ponieważ Autori, autorytet powódki (str. 8: „autorytet – przykład –Autori…zaufanie”)twierdzi,żeprawdziwąmiłośćmożnaodnaleźćjedyniespotykającosobę na tym samym poziomie rozwoju duchowego, i to najlepiej taką, którą spotkało się kilkadziesiąt wcieleń wcześniej (reinkarnacja), powódka odnajduje ową bratnią duszę w postaci uczestnika wyjazdu niejakiego Tomka (Tomasz Pawłowicz, zam. Górna Wilda – Poznań).
Str.11.„8.10.2006.sen
Tomek dotknął mnie w pewnym miejscu w okolicach brzucha i nastąpił taki niesamowity, uzdrawiający przepływ energii, odblokowanie i taki promień padł do góry, do nieba, w kosmos… a on spokojnie, pewnie, jednym dotykiem sprawił, że wszystko zaskoczyło… był brakującym ogniwem”. I na str.12: „to widać, że jesteś zakochana, miłość cudowna, subtelna, delikatna – anioł doprowadził do kontaktu – jest energia partnera, który jest przy tobie i wspiera cię”.
Niepotrzebowałem więcejdowodów, chociaż znalazłem itakie,żeby zrozumieć, że powódka zdradza mnie, i to w dodatku w taki sposób, że zagraża to bezpośrednio również bezpieczeństwu naszych dzieci. Ich zdrowiu nie tylko fizycznemu, ale i psychicznemu. Objawiłosię tojuż wdwatygodnie popowrocie zEgiptu,gdy powódkazażądałarozstaniai oddania jej pod opiekę naszych dzieci.
Ad. 2. Od początku naszego małżeństwa, a nawet wcześniej utrzymywałem powódkę, apotem łożyłem na utrzymanie naszych dzieci, zapewniając naszej rodzinie utrzymanie na w miarę wysokiej stopie. Pozwalało mi na to prowadzenie dochodowej firmy handlowej. Od początku wynajmowałem domy o wysokim komforcie zamieszkania. Dbałem też o rozwój mojej żony, zapewniając jej nie tylko własną pomoc przy dzieciach, ale i opłacając opiekunki. Dzięki temu żona mogła kontynuować przerwane studia. Jednocześnie, ponieważ zauważyłemuniejduże brakiwychowawczewyniesionezdomu,starałemsięzaproponować jej przyjęcie systemu wartości, nie wymyślonego, rzecz jasna, przeze mnie, alewyznawanego przez zdecydowaną większość naszego społeczeństwa pod nazwą Praw Boskich, nazywanych czasem prawami naturalnymi. Wykazywałem ogromną tolerancję dla jej czasem niezrozumiałych decyzji, jak np. konieczność wyjazdu na dwa tygodnie do Szwecji, gdy córki miały dopiero 7 miesięcy. Albo pokazanie mi jako pierwszych swoich znajomych pary narkomanów z Gdańska. Lub przywożenie przez nią marihuany i próby częstowania mnie i moich znajomych (świadkowie: Zuzanna Narwaniec, zam. jw., Malwina Leńska, zam. jw., Józef Markowski, zam. 32–289 Staroborze 43).
Miałemnadzieję,żejej dużytalentzawodowy imojapomoc,iprzykładpoprzezwychowanie naszychdziecizaowocująpozytywnązmianąjejpostawy.Ipokilkulatach,zwłaszczapo
urodzeniu naszej najmłodszej córki, wydawało się, że wszystko się dobrze ułoży. Niestety po skończeniu przez najmłodszą 3 lat i 8 przez nasze starsze córki, moja żona zdecydowała się na podjęcie pracy w firmie IKEA. Piszę niestety, chociaż wtedy ucieszyłem się z tej decyzji. Ucieszyłem się, że nie będzie marnować czasu, chodząc po sklepach, i z zakładanego jej rozwoju zawodowego. Traktowałemtojako dodatkowe zabezpieczeniedlanaszejrodzinyna wypadek pogorszenia się sytuacji w mojej firmie. Dlatego tak zorganizowałem życie naszej rodziny, opiekę dla dzieci ze strony opiekunek i duży mój wkład czasowy w opiekę nad dziećmi, poprzez kierowanie firmą z domu i dodatkowe zatrudnienie kierownika produkcji, aby rozwój zawodowy mojej żony był niezagrożony.
I rzeczywiście stało się to, co zakładałem. Żona zaczęła awansować i coraz więcej zarabiać, jednak to, czego nie przewidziałem, okazało się dużo groźniejsze niż spodziewane korzyści. Żona zaczęła na każdym kroku podkreślać, że sama sobie wszystko zawdzięcza i że zawsze we wszystkim ma rację. Okazało się zarazem, że jest pracoholiczką i nawet w domu można rozmawiać tylko o pracy, o jej pracy. Na początku przez rok pracowała w Krakowie, ale potem już przez pół roku w Gdańsku, następnie w Katowicach przez 3 lata, w Warszawie przez 2, ostatnie 2 lata we Wrocławiu. Przez cały ten czas dzieci mieszkały ze mną, opiekowałem się nimi i je wychowywałem. Żona była gościem w domu, i to coraz rzadszym, bo chociaż jeszcze na początku potrafiła co tydzień przyjeżdżać z Gdańska, to potem z Warszawy i Wrocławia, skąd jest znacznie bliżej, już miała problem z przyjazdami. I bywała w domu raz na dwa tygodnie. Okazało się również, że pieniądze zarabiane przeze mnie są naszymi wspólnymi pieniędzmi, ale te zarabiane przez nią są tylko jej. I większość z nich musi przeznaczać na własny rozwój. W związku z tym, mimo wzrostu jej wynagrodzenia z 2000nettomiesięcznie poprzez5000, anastępnie7000złotych, niewiele ztegowynikałodla naszej rodziny.
Zdrada, jaka nastąpiła w 2001 roku, którą przeżyłem jako coś najokropniejszego w swoim życiu, po wybaczeniu żonie objawiła mi się jako szansa na rozpoczęcie normalnego małżeńskiego życia w miłości i wzajemnym zaufaniu. Zwłaszcza że żona sama ogłosiła program swojej odnowy moralnej i zaczęła się zachowywać i mówić tak, że jej uwierzyłem. Sama też zaproponowała, że musimy zacząć oszczędzać, zwłaszcza że na skutek spadku wartości dolara z 4,50 PLN za 1 USD do poziomu 3,00 PLN za 1 USD opłacalność produktów mojej firmy zdecydowanie spadła. Zacząłem przegrywać z chińską konkurencją wszelkie przetargi, mimo że wcześniej nawiązałem kooperację z potentatami na rynku kosmetycznym. W wyniku tego oszczędnościowego planu opuściliśmy 160-metrowy, pięknie położony dom i zamieszkaliśmy w 70-metrowym mieszkaniu na poddaszu, bez właściwej wentylacji, gdzie nie mam nawet zamkniętego pokoju. Niemniej dzięki temu wydatki na utrzymanie przeze mnie rodziny spadły z 5000 miesięcznie do 3000 złotych. A żona zobowiązała się do oszczędzania najpierw 4000, a później 3000 miesięcznie z zarabianych przez siebie 7000. Jej oszczędności miały zostać przeznaczone na zakup przez nas działki i wybudowanie domu. Niestety po trzech latach okazało się, że jej średnia miesięczna oszczędzania wyniosła niecałe 1200 złotych. W międzyczasie, obawiając się bankructwa mojejfirmyizabezpieczającżonęnawszelkiwypadek,przeprowadziliśmyrozdzielność
majątkową, za co notabene sam zapłaciłem. Nie chcę się tu nad sobą znęcać, dodam zatem tylko, że żona uważa ową działkę za wyłącznie swoją własność.
Dużym wysiłkiem uratowałem firmę przed upadkiem i doprowadziłem ją do stanu przyzwoitych dochodów rocznych. Niestety mimo dużego wysiłku wybaczenia, poświęcenia i miłości, nie udało mi się przekonać mojej żony do tego, żeby po prostu spróbowała mnie pokochać. Po doświadczeniu sprzed 6 lat jakoś bym to przeżył. Jednak jej brak miłości do mnie zaowocował głębokim wejściem w struktury newageowskiej sekty, co stanowi już poważne zagrożenie dla możliwości prawidłowego wychowania przez nią naszych niepełnoletnich dzieci. Jest ich matką i dla dobra dzieci nie chciałbym zakazywać wzajemnych kontaktów, co zresztą w żadnej formie nie nastąpiło, pomimo poznania przeze mnie bolesnej prawdy. Wnoszę jedynie o przyznanie mi prawa do bezpośredniej opieki nad dziećmi do osiągnięcia przez nie pełnoletności. Byłoby to zarazem jedynie usankcjonowanie status quo, w jakim nasza rodzina znajduje się już o wielu lat.
Ad. 3. Transformacja, jaka dokonała się w postrzeganiu rzeczywistości przez powódkę w wynikudługotrwałegokontaktuznewageowskąsektąspowodowała,żewodróżnieniuod
„prostej” zdrady sprzed 6 lat, nie potrafiła mnie nawet przeprosić, twierdząc, że nie ma za co. Dlatego jej pobyty w wynajmowanym przez nas mieszkaniu w Niegodzicach przy ulicy Kościelnej 1 są dla mnie szczególnie uciążliwe, zwłaszcza prezentowana przez nią w stosunku do naszych dzieci kompletnie fałszywa postawa osoby najbardziej zainteresowanej ratowaniem naszego małżeństwa i rodzinnego szczęścia. Jako osobę winną wskazuje mnie, bo nie chcę się z nią witać, nie chcę, żeby mi podgrzewała rosół, żeby spała w naszym do niedawna łóżku. I podobnie jak wobec moich znajomych, powódka roztacza wobec dzieci atmosferę zatroskania o mnie poprzez sugerowanie u mnie rozwoju choroby psychicznej (świadkowie: Zuzanna Narwaniec, zam. jw.; Malwina Leńska, zam. jw.). Żeby niewszczynać wojny i oszczędzić dzieciom tego typu przeżyć, w chwili przyjazdu powódki do mieszkania w Niegodzicach, opuszczam je. Jednocześnie chcę dodać, że powódka dysponuje wynajmowanym przez siebie mieszkaniem we Wrocławiu.
JakubCzerwiński Załączniki.
- Aleksander Posacki, „Psychologia a New Age”. W pracy tej ksiądz doktor analizuje szczegółowowszelkiepojęciaistany,jakichrzekomodoświadcza powódka,zwłaszcza pojej transformacji w wyniku pobytu w Egipcie.
- StronaAutoriego.
- ProgrampobytuwEgipcie.
- Kserokopieodręcznychnotatekpowódki.
- Raport MSWiA na temat zagrożenia działalnością sekt dla bezpieczeństwa publicznego(fragmenty).
Nie wiem, czy tak napisałby pismo do sądu adwokat. Pewnie nie. Ale ja nie byłem adwokatem i nie zamierzałem nim zostawać. Chciałem tylko, żeby Wysoki Sąd, choćby i był komunistyczną starą panną lub rozwódką, wczytał się w moje rozterki i przynajmniej przez chwilę pomyślał: „Cholera, w sumie fajny z niego facet, chociaż straszna ciamajda. Szkoda, że dał się tak oszukać tej zołzie”. Roześmiałem się i poszedłem spać.
