W zeszłą niedzielę odbyły się w Portugalii przyśpieszone wybory parlamentarne. Doszło do nich w wyniku upadku rządu Luisa Montenegro, uwikłanego w aferę korupcyjną. Poprzednie wybory odbyły się ledwie rok wcześniej, w marcu.
Spodziewano się niskiej frekwencji. Ta jednak zaskoczyła, podobnie jak wynik wyborów.
Zgodnie z sondażami wygrała rządząca centroprawicowa koalicja Sojusz Demokratyczny. Składa się z chadeków i socjaldemokratów (ci ostatni w przeciwieństwie do socjalistów są uznawani w Portugalii za prawicę). Uzyskała ona 33% głosów i 91 mandatów w 230 osobowej Izbie, o kilka mandatów więcej niż poprzednio, co jednak nie gwarantuje powstania stabilnego rządu. Drugie miejsce (22%, 60 miejsc) zajęła bowiem uznawana za skrajnie prawicową partia Chega, która poprawiła swój wynik z poprzednich wyborów o 4 punkty procentowe. Jednak centroprawica konsekwentnie odmawia z nią współpracy. Trzecie zajęli socjaliści (PS) – 58 mandatów.
Partia Chega wypłynęła na fali coraz większego oburzenia zwykłych Portugalczyków liberalną polityką migracyjną rządu socjalistów, największych przegranych tych wyborów. To właśnie socjaliści w głównej mierze odpowiadają za to, że już nawet 15% mieszkańców Portugalii urodziło się zagranicą. Imigranci, zwłaszcza z Afryki, korzystają z hojnego systemu świadczeń socjalnych, słabo się integrują i odpowiadają za rosnący wskaźnik przestępczości.
Oprócz tego Chega podnosiła wątki antykorupcyjne coraz bardziej rezonujące w społeczeństwie. Zarówno na poprzednim rządzie socjalistów, jak i obecnym socjaldemokratów, ciążą poważne zarzuty korupcyjne. To wystarczyło, aby wstrząsnąć rządzącym Portugalią od lat 70-tych duopolem, nie wystarczyło jednak do przejęcia władzy. Niewykluczone jednak, że w wyniku kolejnych porażek i kompromitacji establishmentu, partia Chega tego dokona.
Na razie czeka nas kolejna kadencja centroprawicy przy milczącym poparciu centrolewicy i utrzymanie dotychczasowego kursu, albo chaos i anarchia.
Patryk Patey



